Rozmiar czcionki:

70. urodziny prof. J. Borzyszkowskiego

2. Od redaktora

„Myślę, że mogę stwierdzić, iż Kaszuby to dla Jubilata początek i koniec, sens i istota życia, cel i uzasadnienie aktywności. To także radości i smutki. Zabrać Profesorowi Kaszuby, to wyrwać mu największą cząstkę duszy. Ale i odwrotnie – trudno sobie Kaszuby wyobrazić bez Profesora Borzyszkowskiego” – tak we wstępie do Przyjacielskiego sztambucha Józefa Borzyszkowskiego napisał o swoim mistrzu prof. Cezary Obracht-Prondzyński.

W tym zdaniu można zamienić słowo „Kaszuby” na „Pomorze”, bo cały nasz region byłby bez tego znakomitego historyka, działacza społecznego, pedagoga etc. wiele uboższy. 70. urodziny Pana Profesora to okazja do podziękowań za wszystkie jego dokonania. Zachęcamy Czytelników do lektury wywiadu z Jubilatem, który publikujemy w tym numerze naszego miesięcznika.

Dodajmy, że dla J. Borzyszkowskiego to rok podwójnie rocznicowy, bo upływa 20 lat od powołania Instytutu Kaszubskiego, którego był wieloletnim prezesem i jest „znakiem rozpoznawczym”.

W lutowej „Pomeranii” przyglądamy się też baczniej niż zwykle Kociewiu, bo podsumowujemy ważny dla tego regionu rok kongresowy. W oficjalny jego program wpisano aż dwadzieścia dwa wydarzenia o różnorodnym charakterze. Poza tym zorganizowano wiele imprez towarzyszących. W uchwale podsumowującej ów rok znalazł się m.in. zapis o konieczności podjęcia „działań mających na celu ochronę i promocję mowy kociewskiej”. Postulat ten realizuje Zyta Wejer, znana naszym Czytelnikom jako Rózalija. Dlaczego zdecydowała się pisać gawędy? Gdzie nauczyła się gwary? O tym opowiada specjalnie dla Państwa. Zachęcam do lektury.

 

3. Mam silną rodzinę, piękne drzewa, a nawet stolemowe kamienie…

Z profesorem Józefem Borzyszkowskim – wybitnym badaczem, Kaszubą, obywatelem Pomorza – rozmawiamy w Jego 70. urodziny.

Wszelkiego rodzaju rocznice, także urodziny, zwyczajowo sprzyjają bilansowaniu dokonań. Widzimy pana profesora w wielu zawodowych/życiowych rolach – naukowca, pedagoga, ale też działacza społecznego, także polityka. Które z nich to efekt pasji, obowiązku, ambicji, życiowej pragmatyki – w której roli odnajduje się pan najlepiej?

„Wszystko się liczy…” – także rocznice, dni urodzin itp. wydarzenia. Przyjmuję je, nie tylko pogrzeby bliskich, świadom, że „Lata nasze przemijają jak trawa…” Niekiedy tylko coś po nich (po latach i po nas) pozostaje – w pamięci najbliższych, w krajobrazie oraz zbiorach rodziny i przyjaciół lub np. w bibliotekach. Ale i tu zachodzą zmiany – np. w pracy bibliotekarzy i postępowaniu adresatów trudu ich i autorów zgromadzonych w bibliotekach książek.

Z przywołanych przez pana ról bez wątpienia najważniejsza – obok pominiętych: męża, ojca i dziadka – jest ta zawodowa, szkólnégò, badacza, po trochu też dokumentalisty, człowieka nauki. Od początku towarzyszy jej praca społeczna, niewolna od polityki, ułatwiająca badanie, zrozumienie źródeł historycznych, wyjaśnienie przeszłości. Bez wątpienia to po części efekt warunków życia, ale głównie własnej aktywności, osobistych wyborów.


7. Trwają przygotowania do realizacji projektu MKiDN!

Trwają przygotowania do realizacji głównego celu zadania, czyli produkcji filmu prezentującego kaszubski obrzęd ludowy, jakim jest tradycyjne kaszubskie wesele. Zadanie realizowane jest ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach programu „Kultura ludowa i tradycyjna”.

Tak jak informowaliśmy w maju zadanie zakłada stworzenie scenariusza wesela oraz nagranie filmowe inscenizacji obrzędu, organizację warsztatów (dla zespołów folklorystycznych, teatralnych) przygotowujących do inscenizacji wesela, wprowadzające w zasady obrzędu oraz praktyczną naukę śpiewu i tańca wykonywanego podczas obrzędu wesela na Kaszubach.
Redakcja "Pomeranii" wybrała się do Luzina, żeby przyjęć się próbom do powstającego filmu "Wesele na Kaszubach".


8. „Miedzwiôdk Pùfôtk” ju w ksãgarniach!

 

Na wëdôwnym rënkù pòjawiła sã kaszëbskô wersjô Miedzwiôdka Pùfôtka, bò tak prawie brzëmi miono misza ò baro môłim rozëmkù w najim jãzëkù.

Znóny w całim swiece roman zatitlowóny Winnie-the-Pooh, jaczi napisôł pò anielskù A.A. Milne, przełożëła na kaszëbsczi Bòżena Ùgòwskô. Ta kaszëbskô pòétka za tłómaczënk ksążczi wzãła sã ju w 90. latach (wspiérôł jã Tomôsz Wicherkiewicz), ale dopiérze terô ùdało sã ùdostac licencjã òd miéwcë aùtorsczich prawów na wëdanié Pùfôtka pò kaszëbskù. Dłudżé lata nie bëło to mòżlëwé z pòzdrzatkù na przejimniãcé tëch prôw przez Walt Disney Company i stolemné dëtczi, jaczé mùsz bëło zapłacëc za licencjã. W 2014 r. Kaszëbskò-Pòmòrsczé Zrzeszenié, wëdôwca tłómaczeniô, zôs spróbòwało jã ùdostac – tim razã ju òd erbów britijsczégò pisarza. Próbë te skùńczëłë sã dobëcym.

10.Kònferencjô na tczã patrona

W Wejrowie ùroczësto òstôł zaczãti rok prof. Gerata Labùdë, chtërnégò latosym patronã ògłosëło Kaszëbskò-Pòmòrsczé Zrzeszenié.

Ùroczëzna zaczãła sã w Zespòle Wëżigimnazjalnëch Szkòłów nr 1. Starosta Gabriela Lisius zaprezentowała wizualizacjã projektu Ksążnicë prof. Labùdë. Prezydent Wejrowa Krësztof Hildebrandt rzekł ò planach sparłãczonëch z ùnowienim zabëtkòwégò młëna, jaczi je krótkò placu, gdze pòwstónie Ksążnica. W artisticznym dzélu wëstąpiła młodzëzna z wejrowsczégò liceùm, przërëchtowónô przez Editã Łësakòwską-Sobiczewską i Jolantã Piastowską.

Drëdżim partã ùroczësti inaùguracje rokù Labùdë bëła nôùkòwô kònferencjô „Profesor Gerard Labuda – dokonania, idee, inspiracje”. Òdbëła sã w Mùzeùm Kaszëbskò-Pòmòrsczi Pismieniznë i Mùzyczi. Naje Mùzeùm to bëlny plac na taczé wëdarzenié – pòdczorchiwôł direktór MKPPiM Tomôsz Fópka. Mómë òbrzészk w òdniesenim do ti wiôldżi pòstacje. Pò pierszé dlôte, że przekôzôł nama swòje zbiérë, a pò drëdżé – przez lata béł przédnikã nôùkòwi radzëznë ti institucje i dzãka niemù ùdało sã wiele w tim môlu zrobic.

 

12. Źródło rzetelnej wiedzy

Instytut Kaszubski (IK) otrzymał grant Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki na projekt „Gniazdo gryfa. Słownik kaszubskich symboli, pamięci i tradycji kultury”. Na ten temat, a także o 20-leciu IK i nagrodzie naukowej im. Gerarda Labudy rozmawiamy z prezesem Instytutu prof. Cezarym Obracht-Prondzyńskim.

 

Co Kaszubi zyskają na projekcie „Gniazdo gryfa”?

Zyskają wiedzę podaną rzetelnie i w atrakcyjny sposób. Trudno wymagać od uczonych czegoś więcej. Mamy bedekery, przewodniki encyklopedyczne języka, muzyki, a także geografii, mamy oczywiście ogromną literaturę, ale doszliśmy do wniosku, że słownik, który zbierałby w jednym miejscu, w sposób przekrojowy, a jednocześnie syntetyczny (bo taka jest rola słownikowych haseł) wiedzę z szeroko rozumianego obszaru tradycji, mitów, symboli, pamięci, będzie ciekawy dla osób interesujących się Kaszubami i Pomorzem.  

 

13. Wykorzystać potencjał. Waldemar Gwizdała

Obserwując to, co się dzieje na Kociewiu, lub też bywając w tym regionie, trudno było nie zauważyć licznych wydarzeń organizowanych w 2015 roku pod hasłem Kongresu Kociewskiego.

Była to już jego piąta edycja, która miała jednak trochę odmienny charakter niż poprzednie. W roku 2014 bowiem, w trakcie intensywnych przygotowań do kolejnego kongresu, gorąco dyskutowano na jego temat, dostrzegając potrzebę zmiany, odświeżenia dotychczasowej formuły oraz celów, dzięki którym można będzie lepiej i skuteczniej wypromować Kociewie. Dodatkowo głosy krytykujące IV Kongres spowodowały, że organizatorzy postanowili powrócić do formuły z 1995 roku, przedstawiając propozycje konkretnych działań, które będą się wpisywać w V Kongres Kociewski.

 

15. Kocham pisać

Z Zytą Wejer, autorką gawęd i felietonów, znaną czytelnikom „Pomeranii” jako Rózalija, rozmawiamy o wojnie, małym białym domku i gwarze kociewskiej.

 

Pochodzi pani z Czarnej Wody…

Tak, to moje miejsce urodzenia i moja mała ojczyzna, w której jestem zakochana.

 

A zwłaszcza w małym białym domku, o którym często pani pisze w swoich gadkach.

Tak. Na szczęście ciągle stoi, uschło tylko drzewo, które znajdowało się w pobliżu.

 

Dlaczego ten domek jest taki ważny?

Spędziłam w nim dzieciństwo. Między innymi czas wojny.

 

Ten wojenny czas pamięta pani dobrze?

Byłam wtedy dzieckiem, ale pamiętam, jak jechały czołgi, jak przedzieraliśmy się przez las do Małych Krówien, żeby uciec przed frontem. Pamiętam też moment, gdy byliśmy w bunkrze znajdującym się w ogrodzie obok białego domku. Dokładnie przy naszym bunkrze spadła bomba. Ojciec przekonany, że to już koniec, że to wszystko runie, powiedział wtedy do nas: zostańta z Bogiem. Ale przeżyliśmy.

 

19. Zaułki i cichacze. Maria Pająkowska-Kensik

Coraz częściej słyszymy slogan „będzie się działo” – jest zapowiedzią, ofertą, reklamą. No i dzieje się, żyjemy obecnie w coraz bardziej zagęszczonych czasach zastraszającego zgiełku, namolnej reklamy wszystkiego, obezwładniającej nawałnicy informacji. I ten szalony pośpiech – okropność! Chwała tym, którzy umieją ocalić swoją ciszę, zrobić miejsce dla refleksji, nieśpiesznie rozmawiać z kimś bliskim. To, co piękne, dobre, musi przecież osadzić się w duszy, by byle podmuch sensacji nie zmiótł nastroju. To, co wielkie, ważne, istotne, powstaje w ciszy. Przypomina mi się rozmowa z bliskim mi twórcą, Janem Drzeżdżonem, który (podczas wizyty na Kociewiu) mówił, że jedzie do klasztornego ustronia, by w ciszy pochylać się nad słowami. Teraz wiem, dlaczego wśród ulubionych przez mnie słów pamiętających spokojne dzieciństwo na wsi jest (i było) słowo cichacz, czyli miejsce zaciszne, bezpieczne, bez przewiewów, hałasu.

 

20. Mòja tatczëzna… w Winonie (z Dziennika podróżnego, cz. I). Daniel Kalinowski

Z okien samolotu Winona wygląda jak wyspa kolorowych klocków w objęciach ramion potężnej rzeki. Przelatuje się nad tym trzydziestotysięcznym miastem, by wylądować w La Crosse, dwukrotnie większym ośrodku, bo to w nim znajduje się regionalne lotnisko. Stamtąd już tylko pół godziny autostradą i wjeżdżamy do cichej i czystej Winony – miasta osiedlenia się Hieronima Derdowskiego oraz wielu Polaków, Pomorzan i Kaszubów w drugiej połowie XIX wieku. Pierwsze wrażenie można mieć całkiem pozytywne, wysokie brzegi Wielkiej Rzeki, żółtawo-rdzawe skałki obrośnięte iglastym lasem, a tuż przed Winoną górująca nad okolicą naga skała Sugar Leaf, wizytówka regionu, nieco dzika, trochę tajemnicza, idealnie się nadająca do zrobienia sobie fotografii.

 

23. Kaszubi na Pomorzu Zachodnim na przestrzeni wieków(część 7). Zygmunt Szultka

W wyniku pierwszego rozbioru Polski cały kaszubski obszar językowy (nieliczni Kaszubi z Gdańska i jego dóbr ziemskich również od 1793 r.) znalazł się ponownie w granicach jednego państwa – tym razem pruskiego. Ani wówczas, ani w przyszłości nie miało to w praktyce prawie żadnego pozytywnego dla Kaszubów znaczenia, gdyż inną wobec nich politykę prowadziły władze prowincji Pomorze Zachodnie, a inną Prusy Zachodnie. Jeszcze ważniejsze było, że dotychczasowa granica polsko-pruska oraz różnice wyznaniowe zrodziły między innymi tak silne bariery, że nie zdołał ich pokonać Florian S.W. Ceynowa, gdyż jego działania były spóźnione i nie znalazły zrozumienia wśród ewangelickich Kaszubów znad jezior Gardno i Łebsko. Druga próba działaczy polskich od końca XIX w. do około 1920 r. ograniczyła się już tylko do Kaszubów i Polaków wyznania katolickiego i dała ograniczone rezultaty, bo stanęli jej na przeszkodzie niemiecki kler katolicki, a przede wszystkim władze państwowe.

 

26. „Nagónka” KPZ na Bôłtëcczi Institut wedle „Periklesa” (dzél 1). Słôwk Fòrmella

Dzejający w latach 1925–1950 (w tim òb czas II swiatowi wòjnë jaczis czas w pòdzemim) Bôłtëcczi Institut (BI) miôł prôwdac nié za wiele robòtników, ale nimò to miôł wiôldżé zasłudżi dlô nôùczi. Prawie temù, że robiło w nim mało lëdzy i że nie béł òn tipòwą ùczbòwò-badérną institucją, zajimôł sã òn colemało pòdskacëwanim i òrganizowanim badérowaniów. Òkróm tegò rozszérzwiôł òn brzôd robòtë ùczałëch dzãka swòji wëdôwny dzejnoce. BI trzimôł łączbã z wiele rozmajitima òstrzódkama, co zajimałë sã sprawama sparłãczonyma z Pòmòrzim, mòrzã i kòlbôłtëcczim regionã. Wôżnym dzélã jegò robòtë bëła téż midzë jinszima òbrona prawów Pòlsczi do pòmòrsczi zemi w biôtce z Niemcama, co chcelë przëłączëc jã nazôd do swòjégò państwa. Mùsz je w tim môlu pòdsztrëchnąc, że nawetka przed wòjną, czej Pòlsce słëchôł leno wąsczi pòmòrsczi „kòridor”, BI zajimôł sã badérowanim téż nëch zemiów, co tedë bëłë jesz dzélama Niemiecczi Rzeszë a do Pòlsczi przëłączoné òstałë dopiérze w 1945 r. W pierszich pòwòjnowëch latach w BI ùsadzoné òstało pòjãcé „Wiôldżégò Pòmòrzô” jakno machtnô òbéńda zrzeszonô z mòrzã nié blós geògraficzno, ale téż ekònomiczno.

 

28. Niezłomny książę litewski w Paryżu. Stanisław Salmonowicz

W tym roku obchodzimy rocznicę szczególną: stu dziesięciu lat od urodzin człowieka, który wprawdzie w kraju był znany w wąskim kręgu, ale odegrał w upadku PRL-u rolę ogromną. Chodzi o Jerzego Giedrocia (1906–2000) pochodzącego z zubożałej rodziny książąt litewskich, który jako redaktor paryskiej „Kultury”, wydawca książek, inicjator spraw polityki wobec komunizmu, Rosji i PRL-u miał w okresie od 1945 r. po upadek komunizmu wielkie znaczenie nie tylko dla spraw polskich. Komunistyczne krajowe władze uważały Giedroycia za największego swego wroga na emigracji po Janie Nowaku-Jeziorańskim, dyrektorze polskiej rozgłośni Radia „Wolna Europa”. „Wolna Europa”, mimo przeszkód, jeżeli tylko ktoś chciał i się nie bał, docierała do szerokiego grona Polaków słuchaczy radia. Giedroyć nie miał takiego bezpośredniego kontaktu ze społeczeństwem w kraju, ponieważ główną formą jego działania były wydawnictwa Instytutu Literackiego, a słynny miesięcznik „Kultura” był zajadle tropiony przez U.B.-S.B., i dostęp do lektury publikacji Giedroycia był trudny i niebezpieczny. Chciałbym przypomnieć sylwetkę i działania człowieka, który ciągle bez pieniędzy, zawsze jednak niezależny, nie tylko bronił kultury polskiej przed cenzurą i zniewoleniem, ale wytyczał, zwłaszcza w polityce zagranicznej, drogi myślenia politycznego na przyszłość, był może najważniejszym inspiratorem strategii „długiego trwania” w opozycji wobec komunizmu i Rosji, nietracenia jednak nigdy nadziei w latach trudnych, nadziei, która spełniła się w latach 1980–1989, doprowadziła do kraju wolnego po przemianach roku 1989.

 

30. Kłopoty z geografią. Kazimierz Ostrowski

Przyjaciel zwrócił niedawno moją uwagę na postęp, jaki się dokonał w sprawach kaszubskich. „Popatrz – mówi – ile dobrego się stało. Kiedy chodziłem do szkoły, nauczyciele zakazywali rozmawiać po kaszubsku, byśmy nie kaleczyli języka polskiego, a teraz dzieci uczą się kaszubskiego i jedno drugiemu nie przeszkadza. To jest wspaniałe. A książek kaszubskich nie było wcale, dziś literaturę i wiedzę o regionie możesz czerpać pełnymi garściami”.

 

32. Kaszëbsczi dlô wszëtczich. Ùczba 50. Las. Róman drzéżdżón, Danuta Pioch

Lasjinaczi bór mòże bëcjiglany, tj. pò pòlskùsosnowy,danowi świerkowy, ten z przewôgą lëstowatëch drzéw (dãbów) todąbrowa liściasty/dębowy. Żelë las je przepastny, nierëszony, to zwie sã gòpùszczą. W lese żëją rozmajité zwierzãta, np. dzëkdzik, sôrensarna, lëslis. W lese robi np. rąbcadrwal i lesnyleśniczy.

 

34. Szafarnia. Marta Szagżdowicz

Lutowy spacer poświęcimy ulicy znajdującej się w pobliżu centrum Gdańska, tuż nad brzegiem tzw. Nowej Motławy – Szafarni. W ostatnich latach tchnięto w nią nowe życie.

Spacer zaczynamy przy Hotelu Podewils. Budynek zwany jest Domem pod Murzynkiem. Został zbudowany w 1728 roku przez kamieniarza Krzysztofa Strzyckiego. Strzycki, choć był wybitny, dorobił się przezwiska „lichy Murzyn”. Wynikało to nie z jakości jego prac, ale niskiego pochodzenia, którym gardziły gdańskie rody. Jego ojciec był ogrodnikiem z dzisiejszego Dzierzgonia, zwanego wtedy Christburgiem. Strzycki mieszkał na Zaroślaku, ale jego pracownia, po której nie ma śladu, mieściła się nieopodal hotelu. W okolicy znajdowały się też składy kamieniarskie i dlatego mostek na wyspę Ołowiankę nazywa się Mostem Kamieniarzy. Strzycki, nie przejmując się przydomkiem, wkomponował główkę Murzynka we własny herb. Można go zobaczyć nad wejściem do hotelu. Obiekt zachwyca swym filigranowym kształtem. Barokowy pałacyk jest ozdobą Szafarni, szczególnie od 2001 roku, gdy został odrestaurowany i działa w nim hotel. Podczas prac renowacyjnych detale pokryto dwudziestoczterokaratowym złotem, ubytki w rzeźbach z piaskowca wypełniono sztucznym kamieniem. Właściciel hotelu zarządza także drugim obiektem – zamkiem w miejscowości Krąg w powiecie koszalińskim, który należał do rodu Podewilsów. Była to rycerska rodzina pochodząca z Podwilcza pod Białogardem na Pomorzu Zachodnim i to właśnie do niej nawiązuje dzisiejsza nazwa obiektu.

 

35. Òstawic pò sobie cos wiãcy

Ze żłobiôrzã i grafikã Andrzejã Arendtã gôdôł Stanisłôw Janka.

 

Të jes pòczestnym na Kaszëbach i Pòmòrzim żłobiôrzã i grafikã, ale całé twòjé żëcé je sparłączoné z Wejrowã. Tuwò je twòje rodné gniôzdo, tuwò të mieszkôsz i ùsôdzôsz. Nié tak dôwno prawie w wejrowsczim Mùzeùm Kaszëbskò-Pòmòrsczi Pismieniznë i Mùzyczi òdbéł sã widzałi twój benefis, chtërny zgromadzył baro wiôlgą lëczbã ùczãstników. Tuwò téż pòd kùńc lat szescdzesątëch rozpòczãła sã twòja przigòda z artisticzną robòtą…

Wszëtkò, to je mòja przigòda z kùńsztã, zaczãło sã w 1976 rokù. Jô to baro dokładno mògã sobie wdarzëc – to béł piątk i 13, ale chto bë tam mëslôł ò tim, że to są gùsła. Wôżné dlô mie i dlô mòjich drëchów bëło to, że më mòżemë miec plac na zetkania. Szło ò warkòwniã pani, chtërna mieszkała na dólny kòndignacji najégò blokù. I hewò le pani Òtiliô Szczukòwskô, bò ò ni je gôdka, żłobiôrka, rôczëła nas knôpów z pòdwòrzégò do se. W ji mieszkanim bëło wiele żłobinów, bëłë żłobioné zachë, dosc tëlé ksążków. A më knôpi w tim wszëtczim bëlë môłi i ùrzasłi. Përznã nama sã dostało za to, że czasama më stojelë pòd ji dwiérzama a trzôskòwelë i przeszkôdzelë. Czej ju më nabralë përznã òdwôdżi, tej më sã ji spitelë, czë bë nama ùżëczëła swòjã warkòwniã na przãtrze na klub, jak më to zwelë. Òna òdrzekła, że jo, ale pòd warënkã, że bãdze nas ùczëc żłobieniô. Më sã zgòdzëlë na ji warënk. Pierszi mój dokôz to bëła snycerka na sztëczkù délëka ze wzorama kaszëbsczégò wësziwkù. Jô znôł te elementë z dodomù, bò mëma wësziwała. Ale te na délëkù bëłë jinaczi rozmieszczoné kòl sebie. Szło ò to, żebë rozpòscercé midzë elementama bëło jak nômniészé. To takô technika wërobionô przez naszą szkólną. To zaczãło sã nama widzec. A dokazë bëłë corôz wiãkszé, bò i wiãkszé bëłë délëczi. Do tegò jesz doszłë talérzëczi tłoczoné w drewnie. Pani Òtiliô miała jesz zasobë z czasów, czedë sama żłobiła. Za naszich czasów przez chòrobã tegò nie robiła. Òkróm òrnamentalny snycerczi më próbòwelë naszi mòcë w plaskatożłobiznie. Òne bëłë jistné do òrnamentów, ale przedstôwiałë pòstacë czë architekturã kaszëbsczich chëczi. Jô wëżłobił Kaszëbkã przë skrzëni, a ù górë na rówiznie môłi wzór, co sã skłôdôł z tëlpóna i lëstów. Naszi pani to sã widzało. W tim czasu na zajãca chòdzëło nas szterzech knôpów mieszkającëch w tim samim blokù przë rënkù, më bëlë z jedny klasë. W pòsobnym rokù doszło jesz dwùch knôpów i jedno dzéwczã – Zosza. W 1971 doszedł jesz Frank Sëchòwsczi.

 

38. Szkic z dziejów oddziału wejherowskiego. Bogusław Breza

Niespodziewanie, poszukując wiadomości na inny temat, w przeglądanych dokumentach trafiłem na ciekawą, pozytywną opinię o działalności wejherowskiego Zrzeszenia Kaszubskiego w 1958 roku. Rozpoczynała się stwierdzeniem, że stanowi ono „jedną z najpoważniejszych placówek kulturalnych”.

Powodem tej opinii był między innymi prowadzony przez Zrzeszenie z dużym powodzeniem amatorski teatr regionalny. Podkreślono, że jego głównym zadaniem było propagowanie kaszubskich sztuk scenicznych. Jednocześnie z widoczną troską powiedziano o słabych stronach teatru. Przede wszystkim był nim „chroniczny brak kandydatów o odpowiednim poziomie artystycznym” na członków i instruktorów zespołu. Ponadto teatr musiał pracować w warunkach dalekich od doskonałości, czyli w zbyt ciasnej sali ówczesnej siedziby wejherowskiego oddziału, tzw. Paradnicy na ul. Wałowej. Nie było w niej choćby „jednej sali do zajęć praktycznych”. W konsekwencji w 1958 r. teatr nie był w stanie wykorzystać – ze szkodą dla kultury kaszubskiej – swoich możliwości twórczych, w tym nie wystawił żadnej sztuki kaszubskiej w całości. Najłatwiej ówczesnemu Zrzeszeniu Kaszubskiemu (ZK) było organizować przy pomocy zespołu teatralnego „wieczorki rozrywkowo-taneczne”. Miały się one cieszyć wśród mieszkańców Wejherowa znacznym zainteresowaniem, gdyż można na nich było „przyjemnie i kulturalnie spędzić czas”. Podsumowując, postulowano w kolejnym roku poprawienie bazy lokalowej Zrzeszenia i zatrudnienie (oraz znalezienie na to środków) przez nie ośmiu profesjonalnych instruktorów: trzech teatralnych, po dwóch muzycznych, recytacji i śpiewu oraz jednego tanecznego. Wiadomości te dotyczyły oczywiście prowadzonego przez Klemensa Derca Teatru Kaszubskiego, do dzisiaj uznawanego za jedno z najważniejszych osiągnięć wejherowskiego oddziału Zrzeszenia. Większość podanych o nim informacji jest łatwo dostępna w różnych publikacjach. Moją uwagę natomiast zwrócił fakt, że ówczesne oceny działalności kaszubskiego teatru, jego mocnych i słabych stron, pokrywają się prawie całkowicie z dzisiejszymi o nim opiniami, a postulat profesjonalizacji kaszubskich teatrów w dużej mierze jest aktualny do dzisiaj.

 

41. Pamiętne dni. Szczyt karczmy zawaleniem grozi. Józef Ceynowa

Pracując w Dąbrówce gniewskiej, uważałem za konieczne poznać jak najrychlej okolicę i jej mieszkańców. Od znajomości tej w wysokim stopniu zależała moja praca wychowawcza. Dąbrówkę tylko las opaleński i Wisła oddzielały od granicy państwowej. Propaganda hitlerowska docierała tu poprzez szwendających się w okolicy gości sezonowych oraz przez legalne i nielegalne kontakty gospodarcze. Przy okazji różnych prac społecznych, m.in. zbiórek pieniężnych na cele społeczne, w stosunkowo krótkim czasie poznałem ludzi i ich nastroje, sięgnąłem do przeszłości i przekonałem się o wielu wartościach charakteru moich rozmówców. Okazało się, że okres pierwszej wojny światowej był kontynuacją zapoczątkowanych w latach bismarckowskiego Kulturkampfu prac aktywnej postawy patriotycznej wszystkich mieszkających tu Polaków. Naturalnie ci byli zorganizowani, skupieni w Towarzystwie Ludowym, w Kółku Rolniczym, prowadzeni przez światłych księży polskich. Rozmówcy wprowadzili mnie opowiadaniami i pokazywanymi obiektami w czasy przedwojenne. Zwróciłem jednemu z nich uwagę na charakterystycznej budowy dom mieszkalny należący do pewnego gospodarza.

 

44. Listy

 

46. Serce miec – pò spiéwnika wëmiãgòlenim. Tomôsz Fópka

Dwanôsce lat pò pierszim jich wespółaùtorsczim spiéwnikù Piesnie Rodny Zemi (Banino 2003, z T. Fópką) łoni wëszedł pòsobny. Jerzi Stachùrsczi – ùsôdca mùzyczi a Eugeniusz Prëczkòwsczi – aùtór tekstów, jesz rôz ùdokaznilë, że są nôbrzadniészim kaszëbsczim aùtorsczim duetã. W Serce miec nalôżómë jaż 87 dokôzków, pòstrzód nich są le dwa („Dalek”, „Dzecynny czas”), do jaczich melodiã pòdôł sóm aùtór tekstu, a w przëtrôfkù „A deszcz wcyg leje” jakno wespółaùtór mùzyczi pòdóné je karno Przyjaciele z Lëzëna, jaczé pierszé téż nagrało tã piesniã.

Pòstrzód tëch wnetkã 90 piesniczków są prôwdzëwé szlagrë, jak chòc „Kaszëbë, Kaszëbë” czë „Dëtczi, dëtczi”. (Cekawé, że mają prawie pò dwa te same słowa w titule). Są téż taczé, całô ùrma, co je wôrt kònieczno „òdkrëc” dlô snôżoscë mùzyczi, słowa – a pùscëc na szerszé mùzyczné wòdë. Czerownicë karnów, dirigencë chórów, samòstójny spiéwôcë-artiscë, rëchtownicë kaszëbsczich mszów a szkólny – nalézą tuwò skòpicą nowëch bédënków, co mògą pòdskacëc a zaczarzëc. Baro bëlnô, wësmùkónô kaszëbizna Eùgeniusza Prëczkòwsczégò sparłãczonô z bòkadnoscą mùzycznëch ùdbów Jerzégò Stachùrsczégò wespółgrają jak w zgódnym małżeństwie. Chòcô ùtwórcë le ti sami dwaji, to brzôd jich wëspółdzejaniô je baro farwny.

 

48. Biôłô plama na karce Kaszëb? Pioter Léssnawa

Ni ma kòl naji cëskù na rozkòscérzanié kaszëbiznë – taczégò, jak je w òkòlim Kartuz, Kòscérznë czë w Bëtowie– gôdô wójt gminë Pùck Tadéùsz Pùszkarczuk. Gôdóm z lëdzama na wszelejaczich pòtkaniach, rozegracjach ë w jinszich placach i to wëchôdô prawie z gôdków z nima. Co wicy – zdôwô mie sã, że tego cëskù ni ma nié blós w naji gminie, ale téż w całim pòwiôce. Dlôte na przëmiar do dzysô w niżódny gminie pùcczégò powiôtu ni ma tôflów z kaszëbsczima pòzwama – dodôwô.

Pò prôwdze tak je? Czë na Nordze ni ma zainteresowaniô kaszëbizną? Czë pòwiôt pùcczi je taką biôłą plamą na kôrce Kaszëb? Òdpòwiésc na to pitanié nie je jednoznacznô. Më mdzemë mielë starã jã nalezc, prawie wzerając na sprawã tôflów z kaszëbsczima nazwama wsów ë gardów.

 

50. Zaślubiny Polski z morzem i Nowowiejski. Jerzy Nacel

W lutym mija kolejna, już 96. rocznica odzyskania niepodległości Pomorza, rocznica „zaślubin”. Jak co roku redakcja „Pomeranii” stara się przypomnieć swoim czytelnikom tę ważną datę w dziejach naszej Ojczyzny.

Odzyskanie niepodległości Pomorza w 1920 roku zawdzięczamy generałowi Józefowi Hallerowi. Przez cały okres międzywojnia ten dowódca cieszył się wielką sympatią i szacunkiem ludności Pomorza, był dla niej symbolem. Żołnierze jego Błękitnej Armii, która powstała we Francji, rekrutowali się z ochotników Polaków, zarówno tych z Europy, jak i z Ameryki. Generał Józef Haller przygotowywał plan wyzwolenia Pomorza już od sierpnia 1919 roku, by następnie konsekwentnie swój zamiar urzeczywistniać, dokonując oswobodzenia tej części Polski. Głównym zadaniem jego armii było pokojowe zajęcie ziem pomorskich nadanych Polsce na mocy traktatu wersalskiego, co też w dużej mierze się udało. Uroczystości zaślubin były wielkim dniem radości dla Kaszubów z obecnymi wśród nich Antonim Abrahamem i ks. Józefem Wryczą.

 

50. Òddzãkòwanié sã Jerzégò Szewsa. sj

20 stëcznika ùmarł dr Jerzi Szews, pedagòg, historik, znajôrz dzejów òswiatë na Pòmòrzu. Béł 90 lat stôri.

Pòchôdôł z Gniezna. Sztudérowôł pedagògikã na Ùniwersytece Adama Mickewicza w Pòznaniu. Òd 1952 rokù ùcził w Pedagògicznym Liceùm w Szklarsczi Pòrãbie, a òd 1952 – w Lãbòrgù, znôwù òd 1962 w wejrowsczim Pedagògicznym Liceùm, gdze wësztôłcył pònad sto szkólnëch, w tim jãzëkòznajôrza prof. Jerzégò Trédra z Wejrowa i pisôrza z Lëzëna Féliksa (Loszka) Sykòrã. Òd 1961 rokù wëkłôdôł w Wëższi Pedagògiczny Szkòle we Gduńsku, a òd 1970 na Gduńsczim Ùniwersytece. Doktorską rozprawã napisôł na témã: „Język polski w szkolnictwie średnim Pomorza Gdańskiego w latach 1815–1920”. Do 1987 rokù, czej przeszedł na emeriturã, wëpromòwôł przeszło sto magistrów pedagògiczi, ze szpecjalizacją historie szkòłownictwa, òswiatë i wëchòwaniô.

 

51. Zatopione miasta. Jacek Borkowicz

Z rugijskiego przylądka Palmer Ort patrzę na wody Bałtyku. To jeszcze niezupełnie otwarte morze: Greifswalder Bodden jest właściwie osobnym basenem, głęboko wciętym między wyspę Rugię a duży ląd i przylegającą doń wyspę Uznam. Fale morskie wdzierają się tu przez szeroki przesmyk – od wyspiarskiego półwyspu Mönchgut, zwanego Mnichowem przez Wincentego Pola, aż po wysunięty brzeg niemieckiej części Uznamu wodna odległość wynosi tu równe 12 kilometrów.

 

52. Bziałka. Waldemar Mierzwa

Trzeba przyznać, że wśród niemieckich etnografów i podróżników niewielu było entuzjastów urody mazurskich bziałek (kobiet). Albert Zweck w pracy Mazurzy pozwolił sobie nawet na uwagę, że „rzadko spotka się tu ładne dziewczęta, a jeszcze rzadziej ładne kobiety”, dodając przy tym, zapewne szowinistycznie, że „starzeją się one po wyjściu za mąż tak niesłychanie szybko, że można mówić jedynie o młodych dziewczynach i starych babach”. Być może dlatego Franz Tetzner pisał (Die Slaven in Deutschland, 1902), że Mazur „młode dziewczyny uwielbia jak kwiaty, stare kobiety natomiast wyklina, bije, traktuje wręcz obrzydliwie i obciąża pracą”, uczciwie jednak zastrzegając, że „staruchyte są wystarczająco chytre i dowcipne, by uwzględniać ten stan rzeczy i mimo to nie dać sobie w kaszę dmuchać, wyłudzić suknię, leniuchować, kiedy nikt nie widzi, wyręczać się innymi i raczyć wódką”. Szczerze mówiąc, trudno mi jako Polakowi zgodzić się z dokonaną przez Zwecka czy Tetznera oceną urody mazurskich bziałek, bo jakie pojęcie o pięknie kobiet mogą mieć przedstawiciele akurat niemieckiej nacji?

 

54. Lektury

 

59. Szkòłownik mùszi wińc z łôwczi

W slédnëch dniach ùkôzôł sã nowi ùczbòwnik dlô gimnazjalëstów W jantarowi krôjnie. Jegò aùtorkama są Elżbiéta Prëczkòwskô i Jadwiga Héwelt.

 

I wastnô, i Jadwiga Héwelt ùczita kaszëbsczégò ju długò. W gimnazjach, jak jidze sã doznac z Systemù Pòùcznëch Wiadłów (System Informacji Oświatowej, SIO), naji rodny mòwë ùczi sã wiele mni szkòłowników niglë w spòdleczny szkòle. Czë jednym z célów pisaniô tegò ùczbòwnika bëło dlô waji przëchłoscenié kaszëbsczi młodzëznë?

Mëslimë, że je baro wiele pòwòdów do te, że w gimnazjum wiele mni ùczniów chòdzy na kaszëbsczi. Jednym z nich je to, że nôczãscy są òne póznym pòpôłnim, pò wszëtczich jinszich ùczbach. Szkólny mùszi pò prôwdze prowadzëc ne ùczbë baro cekawie, wprowadzac wiele aktiwnosców i zwënégów.

 

61. Klëka

 

67. Psowé rozmiszlanié. Tómk Fópka

Jón Brzechwa napisôł:

Nie wiéta wa, a jô wiém,
Jak szlachùje jãzëk psy,

Naùcził mie gadac pies,

Czej jem mieszkôł w jedny wsë.

 

Jidze to sã nama, lëdzoma, czegò naùczëc òd tëch mądrëch stwòrzeniów? Czë leno pòzérómë na nie jak na towarzësza òbczas szpacéru, dozérôcza dzecka czë ratownika, co z bùdelką rumù sznëkrëje za zadżinionyma w smiotach pùrgôczoma? A mòże dlô wiele z nas je to drëch, co je nôleżnikã familie, a czej ti familie ni ma abò je bële jakô – jedinym swiôdkã naszich jiwrów a pòceszëcelã?

 

68. Brifczi górz ò terôczasné wëchòwanié. Rómk Drzéżdżónk

Në jo, ten mój drëch, ten nigdë ni móże do mie, do negò mòjégò Pëlckòwa, przińc z dobrim słowã czë ùsmiechã na gãbie. Wiedno, në wnetkã wiedno, z gòrzã ë krzëwą mùnią na swòjim strëpiałim kòle przënëkô, a tej mie prawi a gniece. A biôjta mie lóz! Co téż człowiek mùszi sã nasłëchac.

Ną razą nie bëło jinaczi. Wëzérajã bez kùchniowé òkno bùten, dze sniegòwô biôłosc prawie negò dnia nad szaroscą zëmòwégò swiata dobëła, a widzã, że tã brifka bez smiotë do mie cësnie. Jachac ni mógł, temù kòło na chrzebce dwigôł. A pësk miôł czerwiony jak gùlôcz. Czerwionô farwa brifczi gãbë równô sã górz! Dwiérze sztëkac czë wiornąc? Za pòzdze, hó hó hó – brifka je tu.

 

Joomla Templates - by Joomlage.com