Rozmiar czcionki:

Nr 7-8/2017
Zëławë

pomerania_marzec_2017

 

Od Redaktora

Wakacje to dla większości nas czas urlopów, a co za tym idzie – czas podróży, bliższych i dalszych. Choć powszechnie wiadomo, że na Kaszubach i Kociewiu jest wszystko, czego potrzeba urlopowiczom, to pokusa wyjechania gdzieś dalej bywa czasem ogromna. Może warto wybrać się zatem za miedzę, do naszych sąsiadów na Żuławach. Na żeglarzy czekają tam urokliwe drogi wodne i przystanie, które w ostatnich latach powstały w ramach projektu „Pętla Żuławska”. O doświadczeniach z rejsu Szkarpawą i Wisłą oraz o wizycie w gościnnej gminie Cedry Wielkie piszemy na stronie 10. Zachęcam także do przeczytania rozmowy z wójtem tej gminy Januszem Golińskim, który opowiada o fenomenie przystani w Błotniku oraz o tym, jak ważne dla mieszkańców Żuław są wały przeciwpowodziowe. Tekst na stronie 3.

Jeśli ktoś mimo wszystko woli wakacje za granicą, to może mu się przydać lektura artykułu Piotra Bejrowskiego (strony 7–9), młodego, ale już doświadczonego podróżnika, który podpowiada, co zrobić, żeby zwiedzić jak najwięcej za jak najmniej (mowa oczywiście o pieniądzach). 

W grudniu ubiegłego roku redakcja „Pomeranii” przyznała Skry Ormuzdowe za rok 2016. Jednym z wyróżnionych jest Ryszard Szwoch, Kociewiak, regionalista, autor m.in. Słownika biograficznego Kociewia. Zapis rozmowy z laureatem naszej nagrody na stronach 38–41.    

 

 

3.Rozmowa z Januszem Golińskim, wójtem gminy Cedry Wielkie


Cedry Wielkie to typowa gmina wiejska, w której królują pola uprawne. Jednak jej wizytówką nie jest rolnictwo, a zlokalizowana w Błotniku przystań jachtowa.

Przystań w Błotniku z pewnością jest jedną z najbardziej spektakularnych inwestycji w naszej gminie, która dotąd nie kojarzyła się z turystyką wodną. Decydując się na budowę nowoczesnej mariny, braliśmy pod uwagę przede wszystkim jej doskonałe skomunikowanie poprzez Martwą Wisłę z Gdańskiem oraz poprzez śluzę w Przegalinie z Wisłą oraz jej dopływami – Szkarpawą i Nogatem, które z kolei łączą się z wodami Zalewu Wiślanego. Ta inwestycja, zrealizowana w ramach I etapu Pętli Żuławskiej, to miejsce, do którego już teraz bardzo chętnie ściągają żeglarze, o czym świadczy ilość cumujących tu jachtów. Mnie, jako gospodarza, cieszy również fakt, że wraz z żeglarzami do Błotnika przyszli także inwestorzy. Mamy tu do czynienia z klasyczną reakcją łańcuchową. Najpierw powstała przystań, następnie zawitali tu żeglarze, a za chwilę inwestor, dzięki któremu wodniacy mogą np. przezimować jacht lub łódź w Błotniku lub dokonać niezbędnych napraw.

Planujecie kolejne inwestycje?
Zdecydowaliśmy się rozbudować przystań, dzięki czemu zwiększy się ilość miejsc do cumowania, co z kolei przełoży się na większą liczbę wpływających do nas jednostek. Pomyśleliśmy także o kajakarzach, dla których planujemy wybudować specjalnie przystosowane pomosty cumownicze. Chciałbym, aby w kolejnych latach na przystani w Błotniku powstała także wieża widokowa, która jest już od dawna w planach. Dzięki platformie widokowej turyści będą mogli zobaczyć szczególny kawałek Żuław, od którego pod koniec XIX wieku rozpoczęto przekop Wisły. Dzisiejsza przystań w Błotniku to konsekwencja tego przekopu, tu bowiem, gdzie dzisiaj stoją pomosty i cumują jachty, było pierwotne koryto rzeki.    

 

4. Ląd wyrwany wodzie

Zachwycają panoramą. Żuławy – ich płaski i na pierwszy rzut oka jednostajny krajobraz kryje w sobie urodzajne ziemie, ogromne bogactwo natury, niespotykane nigdzie indziej obiekty historyczne – domy podcieniowe i kościoły, ciekawe zabytki hydrotechniczne: mosty zwodzone czy śluzy, oraz historię naznaczoną nieustanną i nierówną walką człowieka z siłami natury. Dzisiaj obszar delty Wisły to doskonałe miejsce przede wszystkim dla turystyki wodnej, coraz chętniej odwiedzane przez żeglarzy, na których czeka ponad 300 km szlaków wodnych

Żuławy swój charakter zawdzięczają w dużej mierze ciężkiej pracy pokoleń mieszkających tu ludzi, którzy mniej więcej od XIII wieku rozpoczęli osuszanie i obwałowywanie licznych rozlewisk oraz ich polderyzację, skutkiem czego wydarte morzu tereny zagospodarowano pod uprawy oraz osadnictwo. Prawdziwa rewolucja nastąpiła w XIX wieku. Dzięki pracom hydrotechnicznym ówczesnym inżynierom udało się odciąć Nogat od nurtu Wisły. Wszystko za sprawą budowy śluzy w Białej Górze. Dopełnieniem było wykonanie Przekopu Wisły i odcięcie od głównego nurtu Wisły Gdańskiej (Martwej Wisły) i Elbląskiej (Szkarpawy). Za sprawą tych działań zmniejszono prawdopodobieństwo wystąpienia z brzegów Wisły, która od tamtej pory wpadała bezpośrednio do Zatoki Gdańskiej.

 

6. Strażnik wałowy z Koźlin

Rok 2017 został ustanowiony Rokiem Wisły. Ta królowa polskich rzek jest znana od dziecka każdemu Polakowi choćby z piosenki „Płynie Wisła, płynie po polskiej krainie”. Piękna i urokliwa bywa także niebezpieczna. Wielu mieszkańców Żuław Gdańskich od wieków sprawdzało jej stan i wysokość. Wały, tamy i zapory, które budowali, miały chronić przed wielką wodą. Najmniejsze zaniedbanie i zlekceważenie obowiązków mogło pociągnąć za sobą straszne konsekwencje.
W tym wyjątkowym roku warto chyba przypomnieć starą żuławską legendę, i na pamiątkę, i jako ostrzeżenie, że ta dumna polska rzeka bywa także bardzo groźna i srogo każe za błędy.
Wały rzeczne na Żuławach pełnią niezwykle ważną funkcję. Nie wolno ich zaniedbać, muszą być utrzymane należycie, wciąż ulepszane i niezwykle pilnie strzeżone. Od ich stanu zależy życie mieszkańców Żuław. Przerwanie wału grozi zalaniem krainy; wówczas woda pochłonie zarówno ludzi, jak ich majątki. W dawniejszych czasach istniał specjalny urząd głównego wałowego, a podlegali mu strażnicy wałowi. Byli to mężczyźni sumienni, rozsądni i zdecydowani. Tylko tacy mogli strzec ludzi i ich majątków. Ufano im. Takim właśnie człowiekiem był strażnik wałowy z Koźlin.

 

7. Podróże na własną rękę są dla każdego!

Przez pięćdziesiąt lat Wojciech Dąbrowski, bez wsparcia sponsorów, odwiedził z plecakiem ponad 230 państw i terytoriów zależnych. Mieszkający w Gdańsku emerytowany inżynier jest przykładem na to, że pracując na etacie, można dużo podróżować po świecie i robić to w sposób niskobudżetowy. Kiedy czterdzieści lat temu urodzony w Nowym Porcie podróżnik wspinał się na Kilimandżaro, swoją wiedzę o naszej planecie czerpał wyłącznie z podręczników do geografii. Mógł wówczas jedynie pomarzyć o możliwościach, jakimi dysponuje każdy, kto w XXI wieku postanowi rozpocząć przygodę z poznawaniem świata.

Czy można zwiedzić świat „bezkosztowo”?
„Jak podróżować za darmo?”, „Biblia taniego latania”, „Lecę dalej. Tanie podniebne podróże”, „Autostopem przez życie”, „Busem przez świat. Ameryka za 8 dolarów”, „Paragon z podróży. Poradnik taniego podróżowania”, „Wspaniałe podróże na każdą kieszeń, czyli Europa za 100 euro” – w środkach masowego przekazu możemy napotkać chwytliwe tytuły artykułów i książek wypełnionych radami dotyczącymi przemieszczania się za nieduże pieniądze. Czy jednak faktycznie, jak sugeruje pierwsza z wymienionych pozycji, można jeździć po świecie całkowicie „za darmo”?

Zacznijmy od tego, że oszczędzanie zawsze i wszędzie nie za każdym razem powinno być chwalone. Nadużywanie uprzejmości i gościnności – zwłaszcza mieszkańców krajów mniej zamożnych od naszego – budzi wątpliwości natury etycznej. Turystyka to ważna gałąź gospodarki. Nie istnieje coś takiego jak podróż „za darmo”. Jeżeli my nie zapłacimy, to ktoś inny zapłaci za nas. Podwiezie, kupi bilet, przenocuje, zaprosi na obiad itd. Pozostawmy jednak na marginesie rozważania o „świadomej turystyce” (więcej na ten temat można przeczytać na portalu post-turysta.pl) i „darmowych podróżach”. Przejdźmy zatem do sprawdzonych sposobów na obniżenie kosztów „dalekich” wyjazdów.

 

10. Widzóné z bôta

Ùczãstnicë pòtkaniów dlô piszącëch pò kaszëbskù pòjachelë tim razã na Zëławë. Lubòtnicë kaszëbiznë, przédno gazétnicë, szukelë pòdskacënków, òbzérającë tã snôżą krôjnã òd stronë wòdë.

Warkòwnie dlô piszącëch pò kaszëbskù òdbëłë sã w dniach 3 i 4 czerwińca. Na zôczątk w Rëbinie (w pół drodżi midzë Stegną a Nowim Dwòrã Gduńsczim) jesmë wsedlë na bôt i pò czilenôsce minutach żdaniô na banã i òtemkniãcé òbrotowégò mòstu rëgnãlë w drogã. Nôprzód Szkarpawą, pózni Wisłą, jaż do snôżi nowi marinë kòl Błotnika. Òb drogã bëła leżnosc do pòsłëchaniô czile wiadłów ò Zëlawsczi Pãtlëcë, jakô stała sã wôżną atrakcją tegò regionu. Za czerã stojôł sóm przédny redaktór, chtëren je wiôldżim lubòtnikã ti krôjnë.

W marinie czekało pôłnié przërëchtowóné przez zëlawsczé wiesczé gòspòdënie (ò nich wicy napiszemë ju wnetka) i wójt Wiôldżich Cedrów Janusz Gòlińsczi (kôrbiónka z nim na trzecy starnie), chtëren pòkôzôł nama ten òbiekt i rzekł ò zwëskach, jaczé dôwô òn jegò gminie.

 

11. Ò tim, co mô nômni 1200 lat

Co Wùlfstan, Anglosas z IX stalata, mô do kaszëbsczi mitologie? Co do stolema mô Truso? Żebë ò tim napisac, jem nie jachôł na Zëławë. A szkòda!

Piãkno je sobie co pòmëslëc
Repòrtôż? Pewno, że jo! Kògòż bë nie zgòdzëlë na pisanié ò Zëławach, czej za to mają wòzëc pò nich bôtã. Kanałë, sëcëna, ptôszczi, pòla, w czerwińcową cepłą sobòtã... Mòże nawet gòscëna nad jezorã Druzno, tam gdze pierwi lëdze trzimelë hańdlową faktoriã i pòrt w Truso! A të, chłopie, so wigódno w tim bôce sedzysz a pòmaleczno wszëtkò z drëchama z „Pòmeranie” òbzérôsz. Ju zaczinóm so w głowie ùkładac, jak to bãdze. Jem rôd, serce mie sã smieje, chãtno sã z naszégò Bëtowa wëbierzã kąsynk dali za swiéżim lëftã. Ta „Pomerania” to równak mô dobré ùdbë z tima gazétnyma rézama.

Kò tidzéń przed jachanim na Zëławë zwòni dodóm nasz méster. Móm czas w ten czwiôrtk i piątk – mówi ò ùgôdónym jesz na zôczątkù zymkù malowanim naszich jizbów. A sobòtã téż? – nadzejno dopitiwóm. Jak nôbarżi – òdpòwiôdô bez lëtoscë. Mòże równak cos sã dô wëtëgòwac? – mëszlã a próbùjã mileczno: Taczi dobri méster doch sã w dwa dni sprawi. Sobòta nie bãdze pòtrzébnô... Przeriwóm. Mòja białka słëchô a sã na mie przëzérô, mrëżi òczë, jakbë chcała mie przëbôczëc, że to warkòwi malôrz, że ni mô wiele czasu i wiedno mòże wząc jiną robòtã, że co ten ji głupi slëbny pleszcze! To sã tak nie dô, szpachlowanié, dwa razë malowónô pòwała, dwa razë scanë... A jô doch jesz móm gdze jindze – klarëje méster.

 

14. Bùszny ze se

Jegò dosłowno hollywoodzczi ùsmiéwk i swiécącô jak 50 gwiôzdków na fanie cera skùteczno zasłoniwają kaszëbsczi wëzdrzatk. Równak jak sã człowiek richtich przëzdrzi, to na jegò gãbie je widzec, że to Bëlôk. Na gazétny kònferencje w Pùckù jem knypsôł nie nôlepszim aparatã òdjimk za òdjimkã, cobë ten słowiańsczi zamëszlënk spòd amerikańsczi mùnie ùchwacëc.

Amerikańsczi Snik
Przecyganié naszińców do Nowégò Swiata w XIX stalatim to bëło pòwszédné zjawiszcze. Baro òglowò gôdającë, ti z pôłnia trafilë barżi na nordã – do Kanadë, a ti z nordë wërézowelë barżi na pôłnié – do USA. Ti pierszi mielë szczescé trafic na terenë, dze mòglë spòkójno żëc ze swòją spôdkòwizną, drëdżim darzëło sã trafic do gardów, dze mòglë zjiscywac Amerikańsczi Snik, le swój jãzëk i domôcą kùlturã czãsto mùszelë òstawic, jak sã òstôwiô mańtel przed wlézenim do elitarnégò klubù. Do taczégò klubù gwës trafił Jeffrey Prang (Prãga). Jegò przódkòwie – òd Skwierczów i Òkòniów – nowi môl do żëcô nalezlë w Detroit (Michigan). Òn swòjégò szczescô szukôł dali na zôpôd – w Zôpadnym Hollywood. To nie je to Hollywood, jaczé dzysô je znóné z filmòwi industrie, chòc dlô tegò partu dzysdniowi kùlturë miészi gard midzë Beverly Hills a Los Angeles téż miôł wiôldżé znaczenié. Nasz bòhatéra to béł bùrméster tegò 30-tësãcznégò miasta. Dzysô je asesorã grafstwa Los Angeles. We łżëkwiace jachôł do Warszawë w geszeftach i ni mógł òdpùscëc leżnoscë òdwiedzeniô kraju òjców. Zawitôł do Pùcka i Gdinie, szëkającë krewnëch, ale téż chcącë wcygnąc w nozdrë wiater, jaczi niese szeptë dzejów. Co czekawé, z tëch dwùch gardów barżi mù sã widzy Pùck, gwës temù, że mòże tam ùzdrzec bùdinczi, jaczé pòwstałë w czasach, czej na terenie jegò domôcégò Detroit le bizonë nëkałë. W mòrsczi stolëcë mógł téż òbôczëc swiãtnicã, dze jegò ópòwie sã żenilë, pò czim rëgnãlë w nieznóny so swiat. Swiat, w jaczim jich jãzëk i wôrtnotë miałë ùstąpic placu nowim.

 

16. Z plecakiem po Kaszubach

Z Tomaszem Słomczyńskim o jego niezwykłym projekcie krajoznawczym rozmawia Marek Adamkowicz

Dołączyłeś do niemałego grona ludzi, którzy postanowili odkryć Kaszuby. Dla siebie.
Moja przygoda z Kaszubami zaczęła się kilka lat temu w sposób całkiem typowy dla mieszkańców Trójmiasta, czyli od kupienia domku letniskowego. Początkowo, jak to u miastowych bywa, interesowało mnie tylko to, co się dzieje do granicy działki. Dopiero z czasem zacząłem zwracać uwagę na bliższą i dalszą okolicę…

Tylko pogratulować! Zwykle świat mieszczuchów kończy się na miedzy.    
To prawda, ale ja to rozumiem. To znaczy, rozumiem takich ludzi jak ja, po czterdziestce. Kiedy dorastaliśmy, w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, o regionie w zasadzie się nie mówiło. Owszem, pewnie były wyjątki, ale generalnie dzieciaki z Trójmiasta nie miały pojęcia, że gdzieś obok nich są Kaszuby, czyli region z własną historią, kulturą, a nawet językiem. Rodzice pochodzą z innych stron Polski, więc nie podejmowali tematu. Gdzie indziej też się o tym nie mówiło, dlatego – jeśli tak można powiedzieć – jesteśmy straconym pokoleniem ruchu regionalnego. Dopiero po trzydziestce, a więc jako człowiek dorosły, zacząłem to wszystko poznawać i zafascynowałem się. A kiedy do ręki wpadło mi Życie i przygody Remusa, przepadłem z kretesem! Zobaczyłem, jak Kaszuby są inspirujące, aż w końcu przeprowadziłem się z Trójmiasta do Kartuz.       

Trwałym śladem twoich fascynacji są artykuły, które zamieszczasz chociażby w Magazynie Kaszuby, ale mnie bardziej interesuje książka, nad którą aktualnie pracujesz. Przyznam, że zapowiada się interesująco.
Pomysł napisania książki to konsekwencja fascynacji, o której przed chwilą mówiłem. W moim przypadku jest bowiem tak, że to, co mnie inspiruje, znajduje odzwierciedlenie w pisaniu. Biorę długopis (a w zasadzie klawiaturę komputera) i piszę. Pomysł napisania książki pojawił się podczas lektury starych przewodników po Kaszubach. Sięgałem po rzeczy wydane od końca XIX wieku po czasy PRL-u i stwierdziłem, że podane w nich opisy miejscowości warto porównać ze stanem obecnym. W ten sposób, można powiedzieć, zostałem rekonstruktorem historycznym, tyle że nie odtwarzam żołnierza z dawnych epok, ale turystę, który niczym doktor Majkowski, przemierza Kaszuby. Zresztą roboczy tytuł mojej książki „Szwajcaryia 2017. Kaszuby” odnosi się do jego Przewodnika po tak zw. Szwajcaryi Kaszubskiej z 1913 roku.  

 

18. Święte góry Pomorza. Rowokół

Na Pomorzu przed wiekami najwięcej pielgrzymów przybywało do trzech tzw. świętych gór, nazywanych również górami pokutnymi lub maryjnymi. Były to: Góra Chełmska k. Koszalina, Góra Polanowska k. Polanowa i Rowokół k. Smołdzina, nazywany niekiedy również Świętą Górą Kaszubów i Pomorzan. Pielgrzymki do tych gór pokutnych zalecano jako zadośćuczynienie za bardzo ciężkie grzechy, np. zabójstwa. Modlitwy wznoszone na nich przed cudownymi, łaskami słynącymi obrazami Najświętszej Maryi Panny miały wyjednać modlącym wieczne zbawienie. Zaprowadzona na Pomorzu po 1534 r. reformacja i przyjęcie nauki Marcina Lutra spowodowały stopniowe zanikanie ruchu pielgrzymkowego i w konsekwencji zrujnowanie kaplic maryjnych na tych górach.

Pierwszy pasterz diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej, powołanej w 1972 r. bullą „Episcoparum Poloniae coetus” ojca św. Pawła VI, śp. kardynał Ignacy Jeż podjął energiczne starania o przywrócenie kultu maryjnego na tych górach. Już w pierwszym liście pasterskim skierowanym do duchowieństwa i wiernych diecezji pisał i nakazywał m.in.: „uszanować staropolski zwyczaj, tradycją od wieków przekazywany…”, co zaowocowało po latach przywróceniem kultu maryjnego na Górze Chełmskiej i Polanowskiej. Niestety Rowokół (położony na terenie diecezji pelplińskiej) nadal czeka na przywrócenie dawnej, dziś już częściowo zapomnianej świętości.


20. Zaborscyakcjonariuszespółkiwydawniczej„GazetaChojnicka”

bieżącym roku mija 105. rocznica powstania spółki wydawniczej „GazetaChojnicka”. Utworzyłoją w 1912 roku osiem osób celu prowadzenia działalności narodowejpublikacji dystrybucji polskiego pisma, szczególnie na terenie ziemi chojnickiej zaborskiej.

Mieszkańcy tego terenu od wieków poddawani byli silnym wpływom niemczyzny. Postępy germanizacji były widoczne zwłaszcza w okresie zaboru pruskiego. Na początku XX wieku wielu Polaków skutecznie jednak krzewiło różnorodne przejawy ducha narodowego i pielęgnowało ojczystą kulturę, mimo szykan i życia w politycznym zniewoleniu. A pamiętać należy, że Chojnice należały w początkach minionego stulecia do najbardziej zniemczonych ośrodków miejskich Prus Zachodnich.

„Gazeta Chojnicka”, docierająca do wielu zakątków Pomorza (szczególnie Kaszub), miała być propagandowym instrumentem oporu wobec zaborcy i służyła ideowej konsolidacji czytelników w duchu patriotycznym (w winiecie pisma zamieszczano hasła: „Spólna moc tylko zdoła nas ocalić!” i „My tu wszyscy jedną bracią”). Ze współczesnej perspektywy treści pojawiające się na łamach tego periodyku mogą się wydawać bardzo radykalne i zdecydowanie antyniemieckie. Należy jednak pamiętać, że na tym terenie polski patriotyzm musiał być przed stu laty utożsamiany z postawą wrogą polityce pruskiej. Niektóre artykuły publikowane w „Gazecie...” (np. „Krecia robota” w numerze 110 z 1919 roku) odczytujemy dziś jako zachętę do bezwzględnego przeciwstawiania się Niemcom – w miarę dostępnych środków. Niekiedy przedstawiciele władzy pruskiej ukazywani byli w sposób karykaturalny. Profil ideowy pisma był zatem bardzo przejrzysty i niezmienny, a redakcja zabiegała o utrzymanie polskiego stanu posiadania na Pomorzu.

„Gazeta Chojnicka”, trafnie nazwana współcześnie przez Kazimierza Ostrowskiego przewodniczką ku niepodległości”, ukazywała się w latach 1912–1914 i w 1919 roku (po wybuchu wojny zaborca zawiesił wydawanie pisma). Jej redaktorami byli Stanisław Owsianowski i Edmund Rekowski. Pierwsze numery pisma drukowano w Pelplinie, jednak kolejne już we własnej drukarni przy ul. Gimnazjalnej 2 w Chojnicach.

 

22. Listy

 

23. Na jeziorach i w lasach

Nie było w międzywojennej Polsce, oprócz Polesia i Wileńszczyzny, drugiego takiego pojezierza. Lasy były, owszem, nawet bardziej „leśne” niż monotonne kaszubskie bory wyrosłe na piaskach. Jednak w połączeniu z jeziorami pomorskie bory zmieniały swój ciężar gatunkowy. Stawały się prawdziwą atrakcją wagi ciężkiej.

Wielką popularnością „kaszubskie jeziora, kaszubski las” cieszyły się wśród organizatorów wszelkiego rodzaju obozów młodzieżowych i dziecięcych. Spartańskie warunki, własnoręczne rozkładanie namiotów, niejednokrotnie konieczność osobistego przyrządzania posiłków, zyskiwanie nowych umiejętności terenowych – wszystko to predestynowało kaszubskie lasy do roli gospodarza skautowskich, ale i innych, w tym paramilitarnych przedsięwzięć szkoleniowych połączonych oczywiście z letnią rekreacją. Oto „Morze. Organ Ligi Morskiej i Kolonialnej” zachęca w numerze czerwcowym z 1938 r. na s. 34: Obóz LMK im. gen. Orlicz-Dreszera w Mieroszynie koło Rozewia rozpoczyna się 15 czerwca i trwać będzie do 15 września b. r. Od 1 czerwca do 31 lipca dla mężczyzn, od 31 lipca do 1 września dla kobiet, od 1 września do 15 września dla kobiet i mężczyzn. Obóz ma charakter propagandowo-wypoczynkowy. Uczestnikiem obozu może być każdy członek LMK należący do organizacji przynajmniej 6 miesięcy, który swoim zdrowiem nie zagraża otoczeniu. Koszty pobytu w obozie: za 1 tydzień – 22 zł, za 2 tyg. – 43 zł, za 3 tyg. – 64 zł, za 4 tyg. – 85 zł. Przyjazd kolejowy na koszt własny, ze zniżką. Oferta atrakcyjna, zważywszy, że i nad pełne morze było blisko.

 

28. „Przyprawą potrawy jest głód”

Te słowa Cicerona, polityka i prawnika w starożytnym Rzymie, nadają się jako tytuł do rozważań o sztuce kulinarnej. Sam temat chyba odpowiedni na okres wakacyjny, kiedy możemy się oderwać od polityki, a chociażby mnogość warzyw, owoców skłania do rozważań kulinarnych. Stały się one modne od paru lat w telewizji, co wydaje się dowodem na wzrost zamożności ogółu. Rzecz jasna, że w wielu epokach ludzkości było inaczej: głód zawsze, wraz z wojnami, perturbacjami klimatycznymi czy z innych przyczyn, trapił Europę, zawsze był obecny w Afryce czy w Azji. Także i dziś niedostatek żywności w wielu dalekich krajach jest faktem, także rezultatem niekontrolowanych procesów demograficznych, które grożą globalną katastrofą, o wiele gorszą niż wszelkie zmiany klimatyczne... Zostawmy jednak na chwilę poważne problemy, zajmijmy się sprawami weselszymi.

 

30. Pòmachtóny żëwòt Bruna Richerta wedle aktów z archiwùm Institutu Nôrodny Pamiãcë (dzél 15)

Wedle napisónégò przez Stanisława Sengera w łżëkwiace 1959 rokù rapòrtu, ò jaczim wspòminôł jem w pòprzédnym dzélu ti òpòwiescë, Bruno Richert béł dlô niegò drëchã jesz z przedwòjnowëch czasów, czej òbaji chòdzëlë do gimnazjum w Kòscérznie. Pò wòjnie pòtkelë sã w zélnikù 1957 r. w cugù z Wejrowa do Lãbòrga, gdze dôwny przédny redaktor „Zrzeszë Kaszëbsczi” jachôł w sprawie przejãcô czerowaniégò szkòłą w Karwicë. Pò òddzãkòwanim sã w Lãbòrgù chłopi trzimelë łączbã dali i czile razy nawzôjno sã òdwiedzywelë. Òb czas zéńdzeniów Richert miôł starã sã wëdowiedzec, jaczi Senger mô pòzdrzatk na sprawë zrzeszoné z kaszëbską rësznotą a òsoblëwie z dejama zrzeszińców. Miôł téż starã ò to, żebë drëcha ze szkòłë przekònac do swòjich pòzdrzatków i na pòczątkù Senger béł pòd cëskã Richertowëch argùmentów. Równak zdebło pózni, ju pò wëjachanim Richerta, doszedł òn do swiądë, że dejologiô zrzeszińców òpiartô je na falszëwëch przedkłôdkach i że chòc z pòchòdzeniô je Kaszëbą, tej dejade wiedno bëło dlô niegò gwësné, że Kaszëba to òznôczô Pòlôch, taczi, co mieszkô w kaszëbsczi òbéńdze, ale wiedno Pòlôch.

Dali czëtómë w Sengerowim zôpiskù, że na pòczątkù zélnika 1958 r. Richert pòwiedzôł drëchòwi z gimnazjum ò swòji ùdbie, żebë przërëchtowac w Karwicë zetkanié dôwnëch dzejarzów zrzeszonëch ze „Zrzeszą Kaszëbską”. Rôcził gò téż na to zéńdzenié i pòwiedzôł tej, że mô w òdniesenim do personë Sengera jaczés specjalné planë. Cëż to bëłë za planë, tegò na pòczątkù nie rzekł. Kùreszce Senger przëjachôł na zéńdzenié do Richerta razã z białką. Bëło to jistné zetkanié, jaczé w swòjim rapòrce dlô wejrowsczi Służbë Bezpiekù òpisywôł wiadłodôwôcz „Kubacki”. Pòdług Sengera Richert chcôł, bë szlachòwało òno za towarzësczim zéńdzenim znajemnëch, co spãdzywają niedzelã bùten. W zrëchtowónym przez dôwnégò Richertowégò kamrôta dokùmence wëmieniony są lëdze, co przëjachelë tedë z Wejrowa. Bëlë to Aùgùstin Nastałi (w Sengerowim zôpiskù wëstãpiwô òn jakno Zygmùnt – S.F.) i człowiek ò nôzwëskù Finkenstet. Wôrt w tim môlu zwrócëc òsoblëwą ùwôgã na tegò drëdżégò, bò z pòrównaniô òbù òpisënków zéńdzeniégò w Karwicë (zôpisk Sengera i rapòrt wiadłodôwôcza ò tacewnym mionie „Kubacki”) wëchôdô wërazno, że to prawie òn, to je Finkenstet béł krëjamnym wespółrobòtnikã SB ò pseùdonimie „Kubacki”. W sztërdzestëch latach ùszłégò stalata przënôlégôł òn do karna lëdzy twòrzącëch pòwòjnową „Zrzesz Kaszëbską”. W aktach gduńsczi bezpieczi są midzë jinszima zbiérczi papiorów Wëdôwny Rzesznicë „Zrzesz Kaszëbskô”, jakô wëdôwa to pismiono. W jednym z dokùmentów ny rzesznicë (ni mô òn datë, ale pòchôdô wierã z 1946 r., jistno jak jinszé papiorë, co z nim sąsadëją) Paweł Finkenstedt wëstãpiwô jakno sekretéra ji zarządu. Wëzdrzi na to, że w latach piãcdzesątëch przez to, że bëlno znôł kaszëbsczich dzejarzów z Wejrowa i òkòlégò a nawetka wespółrobił z nima, béł wëzwëskiwóny przez kòmùnysticzné krëjamné służbë jakno òsobòwé zdrzódło wiadłów.

 

32. Radość rzeźbienia

W nadleśnictwie Lębork mówi się żartobliwie, że gdy komuś czegoś brak, to trzeba z tym problemem pójść do podleśniczego Jarka Kustusza. On wszystko wyrzeźbi. Wiara w jego możliwości ugruntowała się jeszcze bardziej, gdy w 2011 roku, na zamówienie nadleśnictwa i kół łowieckich, w dwa miesiące wykonał dużą, ważącą ponad 40 kilogramów, rzeźbę świętego Huberta. Poświęcona podczas uroczystej mszy hubertowskiej, stanęła w kościele św. Jakuba w Lęborku.

NARODZINY PASJI
Całe zawodowe życie Jarka Kustusza związane jest z nadleśnictwem Lębork. Już w pierwszych dniach stażu w leśnictwie Janowice nieżyjący już leśniczy Mirosław Szadziewski zaskoczył go propozycją wspólnego rzeźbienia. Powiedział, że od wielu lat marzy, by coś konkretnego wyrzeźbić, ale samemu trudno mu się zmobilizować. Jarek zawsze dobrze rysował, ale nigdy mu nawet do głowy nie przyszło, że mógłby coś wyrzeźbić. Zawsze jednak lubił wyzwania. Biorąc pierwszy raz w życiu dłuto do ręki, nie przypuszczał nawet, że nie zechce go już wypuścić. Że chwyta pasję, która wygra z wszystkimi innymi zainteresowaniami, która zdominuje jego dalsze życie.Dla zabawy wzięliśmy klejonkę sosnową i zaczęliśmy rzeźbić logo Lasów Państwowych z napisem NADLEŚNICTWO LĘBORK. Podzieliliśmy się pracą. Ja, jako początkujący, wyrzeźbiłem znak LP, z choinką, a leśniczy resztę. Przepięknie nam to wyszło! I ta nasza wspólna praca wisi teraz w siedzibie nadleśnictwa!

Potem wykonali napis LEŚNICTWO JANOWICE i umieścili na dębowym słupie przed leśniczówką. Wszystkim się spodobało. Posypały się zamówienia. Zrób mi to, zrób mi tamto. Ten chciał nazwę leśnictwa, inny numer domu, tabliczkę z nazwiskiem, szyld na restauracji, jakieś ptaszysko z napisem „Darz Bór” dla myśliwego. Szło lawinowo. Rzeźbienie wciągnęło Jarka bez reszty. Dawało mu dużo radości, gdy widział, jak z kawałka deski spod jego rąk zaczynają wyłaniać się kształty. Dębowe liście, zwierzęta, głowy koni. Szybko kupił sobie własne dłuta. Potem jeszcze lepsze dłuta, coraz bardziej precyzyjne. Nimi na wszystkich drewnianych częściach swojej broni myśliwskiej wyrzeźbił przeróżne leśne scenki rodzajowe: dziki, lis, kaczki w locie, liście, drzewa. Nie mógł sobie pozwolić na kupno wymarzonego motocykla Harleya, to go sobie wyrzeźbił! Żona od zawsze kochała konie i chciałaby kiedyś jakiegoś mieć? W prezencie dostała trzy, oczywiście wyrzeźbione. Potrzebna była rama do lustra? Już lustro wisi, oprawione w szeroką dechę ozdobioną motywami roślinnymi. Fantazyjna nazwa przedszkola MICHAŁKOWO z literami w kształcie kwiatów? Szybko była gotowa i wywołuje uśmiech na buziach przedszkolaków. Spod jego rąk wyszły prawie wszystkie drewniane tablice z wyrzeźbionymi nazwami leśnictw i leśnych obiektów w nadleśnictwie. Długo szukał dobrego, profesjonalnego młotka snycerskiego. Kupił dwa w sklepach dla artystów, trzy zamówił przez internet. Ale zawsze wracał do swojego pierwszego, własnoręcznie zrobionego. Żaden z zakupionych, drogich i profesjonalnych młotków nie umywa się do tego, który na początku sam sobie wyciąłem pilarką i ociosałem siekierką, z dębowego pnia. Do


36.Wujek Tosiek, pseudonim Doktorek (część 2)

Było to w samo południe pewnego dnia późnej jesieni 1941 roku. Partyzanci z „Gryfa”, z oddziału Leona i Józefa Kulasów, w okolicach Gostomka pod Lipuszem nagle ujrzeli ruszający się spory kopiec mchu. Podeszli do niego z karabinami gotowymi do strzału i wtedy zobaczyli wycieńczonego mężczyznę, z brodą niemal do pasa. Obok niego spostrzegli brukiew, kilka marchwi i główkę kapusty. Spytali go, kim jest, on z trudem wyszeptał „Krasnaja Armija”. Mówił o tym także jego brudny i zniszczony mundur. Ktoś z pobliskiej zagrody Ostrowskich przyniósł trochę mleka. Mężczyzna był tak wychłodzony i wygłodzony, że początkowo nie mógł nawet połknąć mleka. Brodacza zawieziono do leśniczówki Alojzego Stawskiego w Sominach. Sprowadzono do chorego mojego wujka Tośka.

Właśnie Czapiewski jako pierwszy po paru dniach dowiedział się od chorego, że ten nazywa się Iwan Nikołajewicz Zahreda i jest Rosjaninem. Zwierzył się felczerowi, że pochodzi z okolic Kujbyszewa, a jako żołnierz służył w Czelabińsku. W czasie wojny niemiecko-sowieckiej, po boju w Mińsku, dostał się do niewoli hitlerowskiej. Gdy transportowano go na zachód, prawdopodobnie w głąb Niemiec, zbiegł z pociągu w okolicy Szczecina. Idąc lasami, kierował się na wschód, aż dotarł na ziemię kościerską. Po wyleczeniu Iwan Nikołajewicz walczył w oddziale Stefana Kulasa i Augustyna Breski „Zbycha” z Nakli (mojego dalekiego krewnego). Padł w boju „gryfowców” z Niemcami w Rotembarku. W 2012 roku w Rotembarku upamiętniono go na tablicy wraz dwoma innymi partyzantami: Franciszkiem Sadowskim i Konradem Talewskim.

37. Na chwałę Kociewia. Rozmowa z Ryszardem Szwochem

Jesteś człowiekiem jednego miasta. Królewskiego miasta Starogard Gdański. Stolicy Kociewia. Mieszkasz w domu, w którym się urodziłeś. Tu przychodzili na świat i z niego schodzili twoi przodkowie. Skończyłeś miejscowe I Liceum Ogólnokształcące im. Marii Skłodowskiej-Curie, w którym po otrzymaniu dyplomu na Uniwersytecie Gdańskim podjąłeś pracę jako polonista. Pracowałeś w tej szkole do emerytury, a nawet jeszcze wiele lat potem. Byłeś wśród założycieli powstałego w 1973 r. Towarzystwa Miłośników Ziemi Kociewskiej (jesteś w nim wieloletnim sekretarzem). Należysz – od 1980 r. – do współzałożycieli starogardzkiego oddziału Towarzystwa Literackiego im. Adama Mickiewicza. Napisałeś o tym mieście wiele książek...
To prawda. Ja i moje życie zrośliśmy się ze Starogardem i zapewne nic tego już nie zmieni. Prawdą jest też, że gdziekolwiek bywałem, czy w Europie, czy na drugiej półkuli za oceanem, starałem się zawsze i tam szukać kociewskich śladów, gdyż nie ma na świecie miejsca, dokąd by nie trafiali nasi ziomkowie.

To przyznawanie się do małej ojczyzny jest poruszające... Uważasz siebie za Kociewiaka, regionalistę, polonistę, językoznawcę, biografa?
Na każde z tych określeń znalazłbym uzasadnienie, biorąc pod uwagę chociażby moje pochodzenie, przygotowanie zawodowe, uprawianą specjalność i zainteresowania badawcze, wreszcie także dotychczasowy dorobek publicystyczny i nie tylko ten. W centrum mojej identyfikacji niewątpliwie jest region – zarówno jego tradycja, jak i współczesność. Od tych korzeni nie da się uwolnić, a więc one determinują w dużej mierze wszystko to, czym zajmowałem się do tej pory, no i czym pewnie już do końca będę zainteresowany.

Oczywiście intensywność moich pasji regionalnych zależała od wyzwań czasu i sytuacji, podlegała zawsze hierarchii obowiązków, które każdy z nas przecież musi wypełniać w życiu zawodowym, nawet rodzinnym. To zmusza do racjonalnego dysponowania sobą, czasem i aktywnością. Nie jestem pewny, czy potrafiłem właściwie tym zarządzać, ale chyba nie było z tym aż tak źle. Dziś już – na szczęście – kontroluję bardziej rozważnie moją aktywność publiczną. Ale do tego dochodzi się poprzez nabywane doświadczenie i konieczną refleksję nad sensem różnych spraw w naszym życiu. Ono jest tylko jedno.

 

42. Nowi ricerze kaszëbiznë


Miecz i wid, jaczi wëchôdô prosto z serca – te symbòle znóné z ksążczi Aleksandra Majkòwsczégò Żëcé i przigòdë Remùsa są téż wëkùmóné w samim westrzódkù Ringrafów Witosława, nôdgrodów, jaczé wrãcziwô Stowôra Szkólnëch Kaszëbsczégò Jãzëka Remùsowi Drëszë.

Stowôra przëznała Ringrafë ju szósti rôz. Latos za dzejania dlô piastowaniô i òchronë kaszëbsczégò jãzëka dostelë je Danuta Stenka i prof. Alfréd Majewicz. Ricerzama Witosława òstelë òni òbczas ùroczëznë, jakô kùńczëła Kaszëbsczi Dzéń w Zespòle Sztôłceniô i Wëchòwaniô w Szlachecczi Kamiéńcë.

Pòchôdającô z Gòwidlëna aktorka òstała wëprzédniono za ji wiôlgą robòtã dlô promòcje i rozkòscérzaniô kaszëbsczégò jãzëka, a przédno za bëlną interpretacjã Swiãtëch Pismionów pò kaszëbskù. Króm te kapituła (szkólny ze Stowôrë Remùsowi Drëszë i donëchczasny laùreacë) dała bôczenié na głosné pòdsztrichiwanié przez nową ricerkã Witosława swòjich kaszëbsczich kòrzeniów w całi Pòlsce i w swiece.

 

43. Wzdłuż Nowej Motławy

Ostatni spacer zaprowadził nas na Długie Ogrody. Dziś kontynuujemy wędrówkę, schodząc z tej ruchliwej ulicy nad brzeg Nowej Motławy.

Promenada spokoju
Wędrówkę zaczynamy na Moście Stągiewnym. Powstał on w 1576 roku, kiedy to ukształtowana została Wyspa Spichrzów. Choć tabliczka na moście informuje, że płynie pod nim Motława, to ten odcinek zwany jest właściwie Nową Motławą. Pełniła ona funkcję fosy broniącej dostępu do Wyspy Spichrzów, a w 1599 roku została dostosowana do potrzeb żeglugi. Most Stągiewny nie był jedynym łączącym Wyspę Spichrzów z Długimi Ogrodami! Idąc promenadą nad Nową Motławą, dostrzec można pozostałości kolejnego mostu. Zwany był Mostem Matników ( niem. Mattenbudener Bruecke), Rogoźników lub na Szopy. Określenia te pochodzą od produkowanych tutaj mat, którymi przykrywano towary na statkach. Rogoża to nic innego jak pałka szerokolistna – roślina o grubych kolbach, tworząca nad brzegami rzek szuwary, która wykorzystywana była do wykonywania mat czy plecionek. Most Matników powstał pod koniec XVI stulecia. Niestety został zniszczony w 1945 roku i choć po wojnie na jego filarach wzniesiono drewnianą kładkę, jednak został rozebrany w 1962 roku. Promenada wzdłuż ulicy Szopy to bardzo spokojne miejsce. Jest dużo zieleni, ławeczki i piękny widok w stronę gdańskiej mariny.

 

44. Bùten bëło prôwdzëwé piekło

Henrik Dawidowsczi – kaszëbsczi pisôrz, aùtór ksążczi z pòwiôstkama Z Kaszëbama ò Kaszëbach (Gduńsk 2007), ùrodzył sã 21 gòdnika 1929 rokù w Baninie w familii Jana i Terézë ze Szrédrów. Òd 1954 rokù, czej sã òżenił z Rózalią Gòjtowską, mieszkô w Bòrzestowie w gminie Chmielno, dze më sã ùgôdelë na rozmòwã.

Czej wëbùchła wòjna, wë mielë le dzesãc lat. Co wë pamiãtôce z tegò czasu?
Jô miôł zaliczoné le trzë klasë pòwszechny szkòłë w Rãbiechòwie. Jak nasta wòjna, tej më mùszelë jic do niemiecczi szkòłë. Na szczescé na pòczątkù nas ùcził ten sóm pòlsczi szkólny. Òn pisôł gòtikã tekstë na tôflë, a tej to wëdolmacził pò pòlskù. Ale ju w gòdnikù na jegò plac przëszlë Miemcë, tej bëło gòrzi, le më ju wiele bëlë naùczony. Naszi starszi téż dobrze rozmielë pò niemieckù, bò ùczëlë sã przed I swiatową wòjną. Do Rãbiechòwa jô równak krótkò chòdzył, bò nas wnet rëmòwelë z naszich môlów. Na nasze gòspòdarczi przëszlë Miemcë z Besarabii (dzys to je dzél Mòłdawii a dzél Ùkrajinë), abò z nadbôłtëcczich krajów (Baltendeutsche). W Baninie bëła gmina. Òna òbjima wsë òd Matarni jaż do Czeczewa i Wôrzna. To bëła baro wiôlgô gmina. Z kòżdi wsë wëwôżelë Kaszëbów do Meklembùrgii na robòtë. Wiãkszosc wrócëła dopiérze òb jesenią abò zëmą 1945 rokù, a nawetka na zymkù 1946 rokù. Ù nas bëłë dzecë, nie bëło zdatnëch i mòcnëch do robòtë, tej nama pòzwòlëlë jic do krewnëch, le pòza kartësczi kréz. Tak më szlë do Wiczlëna. Przódë to béł wejrowsczi pòwiôt, dzys to je dzél Gdini. Tam më pòmôgelë cotce i wùjowi na zemi, i tam jô téż szedł dali do szkòłë. Òb lato më zbiérelë czôrné jagòdë w lese. Z tegò wiedno béł jaczis tam wzątk. Mòjã sostrã Miemcë wësłelë na robòtë do Skòwarcza kòle Pruszcza Gduńsczégò.


47. Odezwa do Rómka Drzeżdzóna!

Musza do Waju psismo naszrajbować wew janziku mniadzinarodowym, bo to sia godzi dać Wóm uważanie, bo żeśta só srodze uczałi Kaszuba, chtórni ma zdebło na świat cesniante ło tim brifce zez Pelckowa. Że tan brifka nima wszetczich doma, to mi łusz wjami ji sia tamu nie dziwujim. Tedi łó nim, Romku, możesz psisać ji psisać!!! Jano że ja sia srodze marachuja, abo lepsi trapja, ło czim Ti bandziesz psisał, jak brifka póniesó golaniami do przoćka? Wo pjerwych bandziesz mniał żałoba po takim druhu!!! Nó prawda, że Ti żeś je fest mądri, ale przeca niejedno ji niedwa tebja wedolmacził brifka. Bez brifki jakobi Tebja połowinu nie było! Mów, że tak nie jest? Wszandi, chdzie Ti jedziesz, chocki na rinek we Wejrowje czi wew cugu do W-wy, zawdy brifka je zez Tobó myt!

Ale dejma se na pokój!!! Bo ja móm wimiślóne, co zrobisz, jak brifka póniesó nogami do przoćka! Walniesz sia zez nim wew tan sóm zark, abo jak wolisz wew pjaskula, ji bandzieta zez lepszejszygo śłata dó nas psisać!!! Eto budet choroszo! Takawo jeszcze nie było! Ja bi sia chantnie do Was prziłączyłóm, bo tedi bi psiselim wew janziku mniandzinarodowim tj. kociewsko- kaszubskim, mniamnieckim ji ruskó mowó! Toć jak zwał, tak zwał, byle było do pojancia! Tedi ano jak mówji nasz doktor T. Ridzik: „Alleluja ji do przoćka!”

Zawdy dobri miśli!
Rozalia

PS. Izwinite Rómk, bo Rozalia chyba tyż nima wszitkich dóma! Zastopuj sia, dziewczyno, bo brydzisz jak wew mankolijach! A chto Cia słucha?

Tedi lepsi se zaśpsiywejma:


Lejciał psies bez pole,

łogón mniał zwjeszóni,

Musiał bić żónati, bo był zasmucóni!

 

Lejciał psies bez łowjes,     

łogónam wiwjija,

musiał bić kawalyr, radosna bestija!

 

48. W cichaczu z książką

W ostatnich latach Gdańsk, od niedawna Gdynia stają się moim drugim domem. Oswojoną coraz bardziej przestrzenią. Czytam więc i gdańską prasę, śledzę życie kulturalne. Ostatnio w prasie w „Rozmowach na trasie PKM” przeczytałam ciekawy wywiad ze znanym pisarzem Pawłem Huellem, który przytoczył myśl Brunona Schulza, że każdy ma swoją złotą księgę dzieciństwa. Nie przeszkadza Huellemu, że można go uznać za pisarza powiatowego lub nawet dzielnicowego.

Powiedział: „siła literatury polega na tym, że sięga się po glinę z własnej glinianki”…To, co oswojone, przeżyte, trafia na wyżyny uniwersum. Pomyślałam – ilu gdańszczan przeczytało książkę Weiser Dawidek, w której tyle Gdańska i naszych losów?

Lista literatury obowiązkowej rośnie. U progu wakacji warto zaplanować też ważną lekturę, by osłabić grozę stwierdzeń: „książki niedługo przestaną istnieć, literatura jest schronieniem dla elit”. Duchowe, intelektualne wskazują kierunek – w górę !

Zawsze uważałam, że dom z księgozbiorem to dom bogaty. Mój dom (właściwy) jest domem na Kociewiu i dlatego pozytywnie reaguję na wszystko, co kociewskie. Tyle tego i coraz więcej. Niedawno w Starogardzie Gdańskim odbył się konkurs, już XXXV, Recytujemy Prozę i Poezję Kociewską im. Antoniego Górskiego. Laureaci z wszystkich części regionu, z mojego powiatu: Nowe, Świecie, Gródek, Jeżewo, Czaple, Dragacz. Prawdziwe święto gwary. Wysoki poziom konkursu. Cieszyły mnie nie tylko dziewczęce warkocze z czerwonymi szlajfkami, jak za dawnych lat… Starogard Gdański upamiętnia Antoniego Górskiego, Tczew – Romana Landowskiego, Czarna Woda – Andrzeja Grzyba itd. Niedawno wydarzeniem dla mnie była m.in. książka Tadeusza Majewskiego O Kociewiu niewygnanym z pamięci.

 

49. „Dali, Chùtczi, Mòcni” – I Kaszëbskô Spòrtowô Òlimpiada w Remùsowim Lipnie

Ceszã sã, że zjiscëło sã mòje rojenié ò kaszëbsczi òlimpiadze. A wszëtkò za sprawą mòji czedës ùczennicë Justinë Mikòłajczik. Bez lata gromadzëła jem z rozmajitëch zdrzódłów materiôł ò kaszëbsczich zabôwkach i jigrach, a wiele z nich znała jem z dzectwa. Na warkòwniach w rozmajitëch môlach Kaszëb zabôwiała jem nima młodzëznã. Jesz cekawszé bëłë ne rozegracje, czej przërôczëła jem Justinã – wùefistkã Spòdleczny Szkòłë w Lëpùszu. Wzbògacywała je, kąsk zjinacziwała i dzãka ni wszëtkò miało spòrtowi szëk, a jô mògła jem terô miec wiãkszą starã ò jãzëkòwą starnã tekstów tikającëch sã rozegracjów.

 

50. Bólszewsczé rozegracje Rodny Mòwë – Méster Bëlnégò Czëtaniô

dz. 1

Pùblicznô Biblioteka Gminë Wejrowò m. Aleksandra Labùdë w Bólszewie pòd rządama Janinë Bòrchmann wëprôcowała stolëmny kùlturalny doróbk. Nôleżą do niegò wëstawë, kònferencje, kòncertë, rozmajité pòtkania a kònkùrsë, w tim rozegracje Rodny Mòwë. W czerwińcowim numrze „Pòmeranie” mòże przeczëtac ò pierszi z nich: Miónkach Jedny Wiérztë, w tim zaczniemë prezentowac drëgą, jaką je Méster Bëlnégò Czëtaniô.

Pierszi gminowi kònkùrs pòd pòzwą „Mistrz Pięknego Czytania w Języku Kaszubskim” miôł swòje rozrzeszenié 29 gromicznika 2012 rokù w sedzbie bólszewsczi biblioteczi, przë drodze Lesny.

Czerowóny béł do ùczniów Kaszëbsczégò Kòła z Samorządzënowégò Gimnazjum m. Jana Pawła II w Bólszewie. Młodi lëdze przërëchtowóny przez Henrikã Albecką czëtelë prima vista (òd pierszégò przezdrzeniô) dzélëczi felietónów Aleksandra Labùdë. Do wiédzë ùczãstników pòdóny béł chùtczi òglowi òbjim materiału. Bëła to pòsobnô leżnosc do achtnieniô patrona biblioteczi. W kòmisëji zasedlë: Tomôsz Fópka z wejrowsczégò starostwa jakno ji przédnik i Bògùsława Labùdda, córka patrona.

Pòstrzód célów rozegracji bëło: zachãcenié do czëtaniô, rozbùdzenié wrazlëwòscë na snôżosc kaszëbsczégò słowa, przëbliżenié felietonu jakno lëteracczégò zortu a ùczba bëlnëch miónk w lubczi atmòsferze. Kòżdi ùczéń cygnął kawel (losowôł) z dzélã tekstu do czëtaniô a czëtôł przed kòmisëją. Ten, chto przeczëtôł nôskładni, bez zmiłk a z dobrą interpretacją – wëgrôł. Pòstrzód wniosków juri bëło, cobë tekstë bëłë w przińdnëch edicjach pisóné w znormalizowóny kaszëbiznie a bédënk, cobë ten kònkùrs rozszerzwic na wejrowsczi pòwiôt a rok pózni na Pòmòrzé. W pierszi edicji ùdzél wzãło 7 czëtającëch: Patricjô Bònk, Magdaléna Fòrmella, Małgòrzata Lange, Nataliô Splitthòf, Klaudiô Splitthòf, Wanda Roda a Sławòmir Michôłk. Wszëtcë òstelë nôdgrodzony.

 

52. Zrozumieć Mazury - Galind

Odkąd pamięta, chciał wznosić grody, imię galindzkiego władcy Yzeggusa przybrał, nim dowiedział się, że taki istniał naprawdę, archeolodzy mają go za mistyfikatora, wielu za dziwnego osobnika, co nie przeszkadza, by turyści chętnie wracali do jego królestwa, pięknie położonego w puszczy, w pobliżu Iznoty, obok ujścia Krutyni, na półwyspie nad Bełdanami.

Cezary Kubacki, rocznik 1941, absolwent poznańskiej Akademii Medycznej, trafił na Mazury w 1971 r. za małżonką. Poznali się w Gorzowie Wielkopolskim, w kinie. Zwrócił na nią uwagę na „Głodzie” (wg Hamsuna), parą byli po „Samych swoich”, ślub wzięli w gminie Skąpe, udzielił go im urzędnik Bosy. Żona Maria skończyła studia pedagogiczne, ale poszła do pracy w służbie zdrowia. Gdy spodziewali się pierwszego dziecka, on był dyrektorem znanego Ośrodka Resocjalizacji w kociewskiej Damaszce. Nie za bardzo wyobrażała sobie, by potomek miał się wychowywać wśród uzależnionych pensjonariuszy placówki, więc pod nieobecność małżonka spakowała meble, kota, psa i wyjechała do Ukty, gdzie wiejski ośrodek czekał na lekarza. Postawiła na swoim, sprawa się rozstrzygnęła, gdy podczas jednego z pierwszych przyjazdów męża w drzwiach ośrodka stanęła kobieta z rozciętą głową. Doktor wziął żonę do pomocy, igłę do ręki i zaczął specjalizację od zszycia rany na okrętkę. Kiedy po dwóch tygodniach ponownie pojawił się u nieugiętej małżonki, oczekiwała na niego także, z koszem jaj i kurą, wdzięczna pacjentka. Po ranie nie było śladu. Dzisiaj trudno ustalić, czy o przeprowadzce na Mazury zadecydowała w końcu postawa żony czy pierwszy, do tego sowicie na owe czasy opłacony, sukces chirurgiczny męża.

Kubacki został lekarzem w Ukcie, leczył od Zgonu po Wygryny aż po Iznotę, obecnie obsługuje ten teren trzech medyków. Gdy było trzeba, dojeżdżał do potrzebujących pomocy saniami przez zaspy, furmanką, bryczką, motorem, czym popadło. Żona pomagała mu w ośrodku, prowadziła punkt apteczny, pracowali siedem dni w tygodniu, przez całą dobę. Tym, którzy widzą, jakie warunki stworzono dziś lekarzom rodzinnym na wsi, byleby tylko zechcieli przyjąć pacjenta, trudno będzie uwierzyć, że Kubaccy żyli skromnie, wszystko, łącznie z telewizorem, kupowali na raty.

 

54. Kaszubscy drzymalici ze Skorzewa

Dzięki członkom Stowarzyszenia Przyjaciół Skorzewa, Gminie Kościerzyna oraz Muzeum Ziemi Kościerskiej w Skorzewie 27 października 2016 r., w obecności kilkuset osób, w Skorzewie otwarto rowerowy Szlak Kaszubskich Drzymalitów oraz wystawę czasową. Powstały one w hołdzie Aleksandrowi i Franciszkowi Peplińskim ze Skorzewa oraz wielu kaszubskim drzymalitom. Podobnie jak Michał Drzymała, nie zważając na represje, walczyli oni z zaborcą o prawo do budowy nieruchomości na własnych gruntach. Walkę tę niejednokrotnie przypłacali długoletnim więzieniem, utratą majątku i życiem w biedzie. Swoją bohaterską, patriotyczną postawą utorowali drogę do niepodległej Polski.

 

56. Cegła w kaszëbsczim mùrze

W slédny „Pòmeranie” jesmë piselë ò premierze filmù „Kaszëbsczé wieselé”. Wrôcómë do tegò wëdarzeniô i bédëjemë lekturã kôrbiónczi z dwùma aktorama Dramaticznégò Téatru w Lëzënie, jaczi grelë w tim dokazu.

„Pomerania”: Jesta czëlë strach òbczas graniô w „Kaszëbsczim wieselim”? Taczich filmów pò kaszëbskù wcyg mómë baro mało, tej bëło wiedzec, że wiele Kaszëbów bãdze waju òbzérało i òceniwało.

Mark Zelewsczi: Ni mómë za wiele taczich filmów pò kaszëbskù, to prôwda, ale mùszã rzeknąc, że jaczis tremë nie bëło. Jak të bë ò to zapitôł jesz 30 lat temù, to bëm pewno rzekł, że je to wiôldżé przeżëcé, ale terô móm ju doswiôdczenié i jakòs tam rozmiejã panowac nad stresã. To, co nôbarżi terô czëjã, to redota, że jesmë mòglë dołożëc swòjã cegłã do biôtczi ò kaszëbskòsc. Òna je w ten kaszëbsczi mùr wpasowónô i ju tam òstónie.

Mieczësłów Bëstróń: Mie sã równak zdôwô, że kòżdi përznã ti tremë mô i to nawet dobrze, bò czasã dzãka temù barżi sã starómë zagrac jak nôlepi. A jak to wëchôdô, to ju lëdze mùszą òcenic sami.

 

58. Derdowskiemu się należy

Komu jak komu, ale Derdowskiemu należy się wdzięczność i szacunek, jakimi darzą go Kaszubi. Jeśli patrzy na nas z góry, to widzi i raduje się, jak uwielbiają go ziomkowie. Szczególnym miejscem pamięci stało się jego rodzinne Wiele, gdzie wkrótce będziemy obchodzić 60. rocznicę odsłonięcia odbudowanego pomnika poety, rocznicę wielkiej manifestacji kaszubskiej wspólnoty.

Pierwszy pomnik – na wysokim graniastosłupie popiersie wyrzeźbione przez Wojciecha Durka z Torunia – został wzniesiony z inicjatywy wielewskiego proboszcza ks. Józefa Wryczy, który twórczość Hieronima Derdowskiego cenił i popularyzował. Poświęcenie i odsłonięcie pomnika odbyło się 16 lutego 1930 roku, w powiązaniu z uroczystym obchodem 10. rocznicy powrotu Pomorza do Polski. Na uroczystość tę przybył – informowała chojnicka gazeta „Lud Pomorski” –przedstawiciel Polonji z Gdańska, dziennikarz p. Sędzicki, który (…) w gorących słowach podkreślił zasługi zmarłego poety nie tylko dla ziemi kaszubskiej, ale całej Polski. Przyjeżdżali do Wiela miłośnicy kaszubszczyzny, regionaliści. W ślad za Sędzickim 5 października 1930 r. przybyli pokłonić się Derdowskiemu wielcy młodokaszubi Aleksander Majkowski, Jan Karnowski i Leon Heyke. 3 września 1931 r. przy pomniku swego brata stanął przybyły z Ameryki Teofil Derdowski.

Przyszła wojna, hitlerowscy barbarzyńcy nakazali zniszczyć pomnik. Szczęśliwie udało się uratować rzeźbę druhowi Wickowi Rogali, wyniósł ją w worku z cmentarza i ukrył na czas okupacji w księżowskiej stodole. Po wojnie nie ustawał w staraniach o odbudowę wielewskich pomników – figury Matki Bożej i monumentu słynnego poety. Sławił Derdowskiego, jak tylko potrafił, śpiewał przy wtórze cytry ułożony przez siebie Toast na cześć Herusia Derdowskiego i Kolebankę. A gdy powstało Zrzeszenie Kaszubskie, uznał, że nadszedł moment właściwy i podwoił zabiegi. 19 stycznia 1957 r. w liście do Józefa Osowickiego w Chojnicach pisał:My sami przed ofensywą wystawienia pomnika Herusia Derdowskiego się znajdujemy, ze stodoły na widok otwarty.

 

59. Derdowsczémù sã słëchô

Kòmù jak kòmù, ale Derdowsczémù sã słëchô wdzãcznota i szacënk, jaczima darzą gò Kaszëbi. Jeżlë zdrzi na naji z górë, to widzy i redëje sã, jak mòcno kòchają gò bracynowie. Apartnym môlã pamiãcë stało sã jegò rodzynné Wielé, gdze wnet mdzemë òbchadac 60. roczëznã òdsłoniãcô òdbùdowónégò pòmnika pòétë, roczëznã wiôldżi manifestacje kaszëbsczi zrzeszë.

Pierszi pòmnik – na wësoczim graniastostôłpie pòpiersé wëżłobioné bez Wòjcecha Durka z Tornia – òstôł wzniosłi z pòdjimiznë wielewsczégò probòszcza ks. Józefa Wrëczë, jaczi dokazë Heronima Derdowsczégò cenił i rozkòscérzôł. Pòswiãcenié i òdsłoniãcé pòmnika òdbëłë sã 16 gromicznika 1930 rokù, w parłãczë z ùroczëstim òbchôdanim 10. roczëznë wróceniô Pòmòrzégò do Pòlsczi. Na ùroczëznã nã przëbéł – infòrmòwa chònickô gazéta „Lud Pomorski” – przedstôwca Pòlonii ze Gduńska, gazétnik p. Sãdzëcczi, jaczi (...) w gòrącëch słowach pòdsztrichnął zasłëdżi ùmarłégò pòétë nié leno dlô kaszëbsczi zemi, ale całi Pòlsczi. Przëjéżdżelë do Wiela lubòtnicë kaszëbiznë, regionaliscë. Szturã Sãdzëcczégò 5 rujana 1930 r. przëbëlë pòkłónic sã Derdowsczémù wiôldżi młodokaszëbi Aleksander Majkòwsczi, Jón Kôrnowsczi i Léón Heyka. 3 séwnika 1931 r. przë pòmnikù swòjégò brata stanął przëjachóny z Americzi Téófil Derdowsczi.

 

60. Alojzy Szablewski rodem z Tczewa – bohater „Solidarności” i pomorski poseł RP

Zaledwie dwóch miesięcy zabrakło Alojzemu Szablewskiego do ukończenia 92 lat. Ostatnio rozmawialiśmy tuż przed Wielkanocą 2017. Byliśmy ziomkami. Alojzy zawsze podkreślał, że urodził się i wychował w Tczewie. Dla mnie Szablewski był przede wszystkim bohaterem wielkiej „Solidarności”. Służył Bogu i Ojczyźnie. Poznaliśmy się bliżej w Sejmie RP I kadencji (1991–1993). Pomimo pewnych różnic politycznych łączyła nas przyjaźń.

Alojzy Szablewski urodził się w Tczewie 4 lipca 1925 r. Wychowywał się w rodzinie kolejarskiej. Rodzice mieszkali w Tczewie przy ul. Wąskiej 9. Z domu rodzinnego wyniósł głęboką religijność i patriotyzm. Do Publicznej Szkoły Powszechnej uczęszczał przy ul. 30 Stycznia (obecnie LO nr I). Do wybuchu II wojny światowej młody Alojzy ukończył pierwszą klasę Państwowego Męskiego Gimnazjum Humanistycznego.


62. Czë kònie widzą dësze?

Czej sami môta do czënieniégò z kòniama, to bëlno wiéta, skądka to pëtanié. Jeżlë nié, tej sygnie jak pògôdôta z kòniôrzama, a na gwës mdą òni mòglë òpòwiedzec ò wiele sztótach, chtërne bëlë dlô nich co nômni pòdezdrzóné. Ni mùszą to bëc pluderczi mlodëch dzéwùsów, co kòchają sã w kòniczkach ë dërch sedzą w kòniarniach. Mëszlã, że nawetka wicy rzeką wama stôri kòniarze czë téż gòspòdôrze abò lesny, co robią kòniamë. Pò prôwdze mòżna jesz na Kaszëbach taczich nalezc.

Historëji ò tim, jak kònie wëstraszëlë sã czegòs, a nié baro je wiedzec czegò, je fùl. Ò tim, że w môlach, gdze stoją krziże, są jaczés grobë abò gdze przódë lat miôlë plac jaczés biôtczi czë straszné rzeczë, kóń stôwô w môlu ë cali sã trzãse. Jô móm czëté taczich pòwiôstków wiele, a móm widzóné ùrzaslëch lëdzy, ò chtërnëch jô bë rzek, że normalno nie są ani letkòwiérny, ani bòjazlëwi. To, co gôdają, przeważnie wëzdrzi tak: jadą swòjim kòniã, pôrą abò nawetka calim zastãpã (a mùsz je wama wiedzec, że kóń, jak jidze sóm, to je barżi bòjący sã) przez las. Trasą znóną, chtërną chòdzyl nié rôz, nié dwa. Òd razu w placu, gdze ni ma nick strasznégò, kóń stôwô, wzérô w jaczis jeden plac, òczë – jak to sã gôdô – dostôwô jak piãc zlotëch. Przë tim kóń czasã zaczinô sã trzãsc, copie sã ë robi swiécã, to je stôwô tak zwónégò dãba. Kôżdi kòniôrz wié bëlno, że czej kóń sã sploszi, to chùdzy skòknie w stronã abò ùceknie do przódkù, a nié òdstôwiô taczi cyrk. W taczi sytuacji baro drãgò je zachãcëc iska do tegò, żebë rëszil dali. Czãsto kùńczi sã to wrócenim dodóm. Sygnie do tegò dodac naszą fantazjã abò miec czëté të wszeljaczé legendë i zarô jak nié pierszô, to drëgô mësl – DËCH! – ë samémù w strach!

64. Méstrowie kaszëbsczégò słowa

Niżóden kònkùrs na Kaszëbach ni mô taczi tradicje i tëli ùczãstników, co „Rodnô Mòwa”. Nôlepszi recytatorzë mùszą ùdokaznic swòje mésterstwò nôprzód w szkòłach, pózni w gminach, pòwiatach i kùreszce we wiôldżim finale w Chmielnie. Latos ten slédny dzél kònkùrsu òdbéł sã w dniach 27–28 maja.

46. Recytatorsczi Kònkùrs Kaszëbsczi Lëteraturë Rodnô Mòwa, jaczégò célã je pòznôwanié i rozkòscérzanié kaszëbsczi prozë i pòézje westrzód dzecy, młodzëznë i starszich, je ju rozrzeszony. Wnet 50 ùczãstników w rozmajitëch latach wëstąpiło w dosc mòcno wëfùlowóny salë Gminowégò Òstrzódka Kùlturë, Spòrtu i Rekreacje w Chmielnie przed jurorama, chtërnyma bëlë latos: ks. prof. Jón Walkùsz, Zbigniéw Jankòwsczi, Tomôsz Fópka, Karolëna Keler i Dariusz Majkòwsczi.

Latos króm wëstãpów na binie recytatorzë wespół ze swòjima szkólnyma mòglë téż pòznac tradicyjné kaszëbsczi warczi i wząc ùdzél w lëteracczim pòtkanim z ks. Walkùszã, chtëren ju 25. rôz béł òbsãdzëcelã òbczas kònkùrsu. Òdbëło sã téż zéńdzenie z jurorama, chtërny m.jin. delë bôczenié na nôczãstszé fele òbczas recytacje i zachãcywelë do syganiô pò nônowszą kaszëbską lëteraturã.

 

65. Tak to je – karno Fucus szukô za nowim?

Długò żdónô platka Tak to je karna Fucus to je dokôz na to, że wejrowskô ekipa mô całi czas nama co do zabédowaniô. Fòrmacjô nie przeriwała swòji dzejalnoscë i smiało mòże scwierdzëc, że je ò nich nôgłosni w całi naszi rozriwkòwi mùzyce XXI stalata. Òni wnieslë baro wiele tak do szëkaniô mùzycznëch wątków za grańcą, jak do wgłãbieniô sã w liriczné òbrazowanié domôcëch ùtwórców. A wniósł co jich nowi albùm?

W wëdowiédzach przed premiérą przédnik karna Rafôł Rómpca pòdsztrichiwôł, że terô òni òkróm irlandzczich nalezlë téż balkańsczé inspiracje. To wzbùdzywało mòjã czekawòsc, a równoczasno letczi strach – szkòda mie bëło jich snôżi fòrmë, jakô òpiéra sã na irlandzczim brzëmienim jich baladów i sztëczków do tuńca. Na szczescé (a mòże nié?) zôpòwiescë wòkalistë sã òkôzałë kąsk przesadzoné. Ni ma rewòlucje w instrumeńtalnym składze, temù téż chòcbë nie wiém jak chcelë zmieniwac melodiã, dokazë dali mdą brzëmiałë jak ze Zelonégò Òstrowù. Czëjemë 14 frantówków, niejedne instrumeńtalné (tu lubińcowie donëchczasnégò ùtwórstwa nie mdą rozczarzony), jiné mają słowa napisóné przez Rafała Rómpcã. Wëjimkã je dokôz, dze òn je dolmaczérą słowów Jana Widrë (pòl. Wydra) „Frantówka dlô dzéwczëca”.

 

66. Pieszy Rajd Kaszubski

W sobotę 17 czerwca o ósmej rano wyruszyli uczestnicy Pieszego Rajdu Kaszubskiego organizowanego przez Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie Oddział w Gdyni oraz gdyńskiego radnego dr. Jarosława Kłodzińskiego ‒ pasjonata umiejętnego łączenia turystyki z wiedzą. Patronat honorowy nad imprezą objął Prezydent Gdyni dr Wojciech Szczurek, a medialny „Pomerania”. Pierwszą edycję Rajdu zainaugurowano dokładnie rok temu podczas jubileuszu 90. urodzin Gdyni.

Trasa tegorocznego rajdu prowadziła przez trzy powiaty: Gdynię, wejherowski i pucki, jednak jej główna część przebiegała w granicach Gdyni. Motto imprezy brzmiało: „mogą boleć nie tylko nogi, ale i szare komórki”, to znaczy, że aby wygrać, trzeba było nie tylko przejść całą trasę „maratonu”. Na zawodników czekało bowiem około 50 punktów kontrolnych, na których przygotowano zadania związane z historią Gdyni, Kaszub oraz języka i tradycji kaszubskich. Łączna długość trasy wynosiła przeszło czterdzieści kilometrów. Uczestnicy rozpoczęli rywalizację w Kolibki Adventure Park, następnie udali się do granicy Gdyni i Sopotu – ujścia rzeki Sweliny, a dalej brzegiem morza przeszli do molo w Orłowie. Sporo trudności sprawiły zawodnikom punkty i zadania zlokalizowane na Kępie Redłowskiej związane z 11. Baterią Artylerii Stałej. Dalej trasa wiodła przez Śródmieście Gdyni, Grabówek, Chylonię oraz Cisową, a potem piechurzy szli do Rumi, Pierwoszyna, Kazimierza i Dębogórza.

 

68. Konkurs „Moja pomorska rodzina” został rozstrzygnięty

Podsumowanie XII Międzyszkolnego Konkursu Genealogicznego „Moja pomorska rodzina” oraz wręczenie nagród jego laureatom odbyły się 31 maja 2017 r. tradycyjnie w Gimnazjum nr 1 wchodzącym w skład Zespołu Szkół Ogólnokształcących nr 1 (ZSO nr 1) w Gdańsku-Wrzeszczu przy ul. Wilka Krzyżanowskiego. Także w tej placówce została zorganizowana wystawa pokonkursowa.

Finał zgromadził wielu gości, wśród których byli m.in. zastępca Prezydenta Miasta Gdańska Piotr Kowalczuk, pracownica Wydziału Rozwoju Społecznego Urzędu Miejskiego Iwona Kossakowska, Prezes Zarządu Oddziału Gdańskiego Stowarzyszenia Archiwistów Polskich Monika Płuciennik, proboszcz parafii św. Antoniego z Padwy w Wocławach ks. Waldemar Naczk oraz dyrektor Szkoły Podstawowej nr 27 Adam Perzyński. Oczywiście w uroczystościach uczestniczyli uczniowie – autorzy prac, nauczyciele opiekujący się nimi podczas tworzenia prac konkursowych, rodzice i krewni uczniów oraz przedstawiciele mediów. Gości powitała dyrektor ZSO nr 1 Małgorzata Solowska. Następnie zastępca Prezydenta Miasta Gdańska Piotr Kowalczuk podziękował uczniom za zaangażowanie w wykonaniu prac, za pielęgnowanie tradycji i historii. Życzył im również prowadzenia dalszych badań nad historią rodziny. Pogratulował także organizatorom.

 

69. Bùczka i bùcha

„Pórta!” – przez wiater szôlejący na równym terenie przebijô sã głos. To słowò znaczi, że atakùjącé karno mòże wlezc w sztrôfné pòle procëmnika, co dôwô wikszą szansã na dobëcé jednégò abò trzech pąktów. Spòrt ze wdzãczną pòzwą „bùczka” to òdkrëcé tegò, co w wòlnym czasu robilë naji przódkòwie.

Dzysô równak òn nie wëzdrzi tak jak w czasach, jaczé òpisôł pisôrz Józef Cenôwa czë Izydór Gùlgòwsczi, ùtwórca skansenu we Wdzydzach. Më so mòżemë wëòbrazëc – na piôskòwëch drogach knôpi nëkelë za òkrągłim kamiszkã (bùczką), jaczi pòpichóny przez czije, miôł trafic w „chléw” – wëkòpóną w zemie kùlã. Miónkarze mùszelë pilowac, cobë procëmnik nie ùbiegnął jich téż we włożenim czija w mniészé kùle – pò jedny dlô kòżdégò broniącégò. Mòże ta, bë sã chcało rzec „primitiwnô” rozriwka, wcygac młodëch lëdzy? Wedle nôleżników karnów „Òska” i „Cassubia” nié le mòże, ale téż je w sztãdze òdemknąc na kaszëbiznã lëdzy zainteresowónëch spòrtã. Równak dzys spòrt mùszi bëc widzawiszczowi, a równoczasno bezpieczny.

 

69. Kaszëbë z londińsczégò pòzdrzatkù?

Karolëna Paczkòwskô, reżiserka filmù „Keeping Up With the Kashubians/ Kaszubi”, sztudérëje wizualną antropòlogiã w Londinie. Pòchòdzy z Kaszëb, dokładno z Gdini, ale òd 10 lat mieszkô w Londinie. Nigdë nie czëła sã Kaszëbką, a nawet nick nie wiedza ò Kaszëbach. Ji film mô bëc filmã dokùmentalnym. Jak gôdô aùtorka, chca w nim pòkazac żëcé Kaszëbów z perspektiwë mùchë, jakô sedzy na scanie i wszëtczémù a wszëtczim sã przëzérô. Czë to sã ji ùdało? Na to pëtanié kòżdi mùszi òdpòwiedzec sóm pò òbezdrzenim ji dokazu.

Akcjô filmù rozgriwô sã nôwiãcy w òkòlim Szëmôłda, ale pòkôzóné są w nim jesz taczé môle, jak Wejrowò czë Szimbark. Karolëna chòdza pò chëczach i nagriwa lëdzy w jich codniowim żëcym. W filmie scenë sã przeplatiwają, kamera wrôcô w ten sóm plac: zaczinô sã òd procesji Bòżégò Cała i pózni jesz nie jeden rôz mòżemë òbaczëc scenë z ti ùroczëznë. Mòżna sã pòmëslëc, że doch Kaszëbë są taczé bòkadné i tëlé mòże pòkazac, a aùtorka pòkôza blós taczi môłi skrawk naszi piãkny òjczëznë. Jeżlë zrobiła film leno na pół gòdzënë, to czemù nie widzymë wicy ùroczëznów, ale czile razy mùszimë òbzerac procesjã Bòżégò Cała? Rôz bë sygło...

70. Lektury


75. Klëka


83. Lanié wòdë. Òd Sëchtë nabróné

Płëniesz Bòżą łaską.

Niese nowé

Kòżdô Twòja kropla,

Co chrzest dôwô.

Co më bë zrobilë bez wòdë? Nié za wiele. Tec wiele ji mómë w se, w cele. Bez ni – to jakbë nabiérôł wòdã rzeszotã. Jidze strzëmac bez telewizje, ptôszégò mléczka cytrónowégò, jescô prażnicë z łëczkã – bez wòdë sã nie dô. Tej pierszô wòda pòszła.

Taczé pisanié ò wòdze to je wòda na mój młin. Płënie òna téż z jawòra młënarzowi na kòła. Mòże òna stojec w plëce, błotkù, jezorze czë w mòrzu a òceanie. Mòże płënąc: w rzéce a w rérze. Mòże sã gònic a kwitnąc. Òkrãtë mòże niesc wiérzchã, pòdwòdné bôtë krëc w zôtorze a lëdzoma dawac pò ni płënąc a sã… topic w ni. Mô òna swòje dëchë jak nëczczi, jezórnice, redunice, co lëdzóma mòckò psocą. Wòda stôwa na drodze naszich nôpierszich lëteracczich herojów: Czôrlińsczégò a Remùsa. Jednémù wzãła kònie a drëdżémù karã z towôrã.

Ni mòże wòdë skazëc. Plwac w niã ni mòże, bò chrzcy sã wòdą. W stëdni wòdã czëszczi żaba, temù krziwdë ji ni mòże robic. Wòda retô żëcé, w całoscë na pùstinie, dze ji za wiele ni ma. Nawetkã nasza kania téż wòłô: pic! Strażôcë bez wòdë mielë bë cãżkò. Picë téż. Òni prawie pò co pòwôżniészi swòji „gùlgùny sesje” spiéwią tak:

Bë sã przëda òd kwasnëch gùrków wòda!

Są weczi w kòmòrze, skąd kòżdi je bierze.

Szluknąc sygnie rôz, dwa, trzë. Zelonym przegrëzc...

Môsz ùbëtk. Òstôł w taszi na doktora dëtk...

Czej doktór òd białk czëje, że wòdë òdeszłë – je wiedzec, że wnetkã nowi człowiek przińdze na zemską krôjnã.

 

84. Wizytacjô na nordze

Ôwele lesny! Kùńc swiata a pół Pëlckòwa. Dzeż to zapisac? Lesny kùreszce do mòji, zatacony na zberkù Pëlckòwa, chatińczi przëlôzł a gôdô:

– Witôjtaż drëchòwie milëczny.

– A Bóg cë wiele razy zapłac – òdrzeklë më wespólno z brifką, chtëren prawie kòl mie lëstë sortowôł.

Lesny sadnąc nijak nie chcôł, le nama rézã zabédowôł. Chcôł chłop sprawdzëc, jakùż nad mòrzã naju pëlckòwsczi lëdze mdą letników przëjimac. Nama to richtich pasowało, kò ma z brifką téż tak co mielë so ùmësloné.

Slédną razą ma dwaji gòspòdë wizytowalë – jestkù, co ma mielë òszmakóné, bëło dosc dobré, równak kąsk mało nama bëło negò Pëlckòwa w Pëlckòwie.

Bògù bóg zapłac, że më ni mùszelë na jednym kòle jachac – lesny miôł służbòwi aùtół na wësoczich kòłach – szpëlnówkã, to znaczi na zeloną farwã swiéżo òdmalowóny.

Wjachalë më na drogã, co prowadza na nordã. Długò to nie wara, czej më mùszelë zwòlnic – droga bëła „nabitô” aùtama, w wikszoscë na warszawsczich ë gduńsczich numrach.

– Diôblëszcze – klął lesny, czej w ny tropie mùszôł na pierszim biegù mòtór mãczëc – skądkaż tuwò tëli aùtołów?

 

 
Joomla Templates - by Joomlage.com